Większych niespodzianek nie było. Podsumowanie 22. kolejki Serie A
Andrzej Siciarz/Miłosz Golas/Mateusz Zyzański· 11 min czytania
Kolejna kolejka Serie A to dominacja Juventusu, upokorzony Milan, Inter wracający do gry, Lazio tracące punktu u siebie oraz specjalny dla najlepszego Polaka w Serie A mecz Torino. Zobaczmy, co jeszcze się działo stadionach ligi włoskiej podczas 22. rywalizacji w tym sezonie.
Rozpędzony byk
Wziąć byka za rogi. Tymi słowami zapewne motywowali się gracze z Werony przed przyjazdem na ich boisko piłkarzy Torino. Zwłaszcza że ostatni dwumecz z drużyną, która tak jak i Torino reprezentuje stolicę Piemontu, zakończył się dramatycznym wynikiem. Najpierw Juventus Turyn rozgromił Hellas w rozgrywkach pucharowych aż 6:1, aby trzy dni później już w ligowym spotkaniu dołożyć do niechlubnej dla piłkarzy „Gialloblu” statystyki jeszcze cztery bramki, nie tracąc przy tym żadnego gola… Ale Torino to nie „Juve” i w rywalizacji z jedenastką, która przed tą kolejką znajdowała się tylko oczko wyżej w zestawieniu Serie A, można było pokusić się o komplet punktów. Zwłaszcza grając na własnym stadionie.
Kamil Glik (fot. gwizdek24.se.pl)
Spotkanie dla dobrze dysponowanej ekipy z Turynu, względnie kapitana zespołu, miało wydźwięk szczególny. Dla Kamila Glika był to setny mecz rozgrywany w najlepszych włoskich rozgrywkach. Patrząc na ostatnie spotkania w wykonaniu swoich kolegów, reprezentant Polski mógł z dużą dawką optymizmu spoglądać na losy tej rywalizacji. Kiedy wywozi się korzystny rezultat z gorącego terenu San Siro po konfrontacji z Interem Mediolan, a chwilę później dokonuje się pogromu na drużynie z górnej części tabeli, można sobie na taki komfort pozwolić. Jubileusz Glika, jak się okazało, był szczęśliwy dla klasowego obrońcy, mimo żółtej kartki, którą Polak otrzymał w 23. minucie meczu. Piłkarze prowadzeni przez Giampiero Venturę wygrali po raz kolejny. Najpierw na listę strzelców wpisał się Martinez, który wykorzystując zamieszanie w polu karnym rywala, umieścił futbolówkę w bramce. Ten sam zawodnik przyczynił się do zdobycia drugiego gola. To po faulu na nim arbiter tego spotkania podyktował rzut karny, który na drugą bramkę dla zespołu „Granaty” przekuł najlepszy strzelec jedenastki, Fabio Quagiarella. Kontaktowe trafienie pod koniec meczu zaliczył Luca Toni. Przedłużył on nadzieje kibiców zebranych na Marcantonio Bentegodi na wywalczenie choć jednego punktu w tej rywalizacji. Jednak to „Byki” postawiły kropkę nad i, strzelając trzeciego gola. Do kapitulacji Rafaela doprowadził wchodzący z ławki w drugiej połowie El Kaddouri. Tym, który dogrywał do piłkarza, był nie kto inny jak strzelec pierwszej bramki. Torino trzy, Hellas jeden. Dobra passa ekipy kierowanej na murawie przez Glika trwa.
Fioletowa wygrana
W tym meczu zdecydowanym faworytem była jedenastka gospodarzy. „Viola”, zmotywowana poprzedzającym to spotkanie pucharowym meczem z Romą, stawiana była w przedmeczowych ocenach w roli faworyta. Do tego widoczna duża różnica w miejscach w ligowej tabeli także przemawiała na korzyść „Fioletowych”. Obie ekipy spotkały się zupełnie niedawno w pucharze kraju, AC Fiorentina odprawiła wówczas rywala z kwitkiem, zadając mu trzy bolesne ciosy. Tym większe zaskoczenie malowało się na twarzach florenckich kibiców, kiedy to po zaledwie dziewięciu minutach gry Davide Zappacosta zdobył bramkę, stawiając swoją drużynę w dobrej sytuacji. W tej akcji nie popisał się rumuński bramkarz „Gigliatich”, Ciprian Tatarusanu. Na szczęście dla miejscowych nabywców biletów, zgromadzonych na Stadio Artemio Franchi, lokalny zespól szybko odzyskał rezon, doprowadzając do remisu. Gol na korzyść „Violi” padł w osiemnastej minucie. Strzelcem wyrównującego trafienia został Jose Maria Basanta. Obrońca zdobył gola po stałym fragmencie gry, celnie główkując w stronę siatki przeciwnika.
Druga połowa to wymiana ciosów pomiędzy ekipami. Do przełamania wyniku doprowadził dopiero w 76. minucie Alessandro Diamanti. Pomocnik najwyraźniej dopracowywał swoje umiejętności dryblerskie w Chinach, gdzie przebywał jakiś czas wraz z obecnym kolegą z zespołu, Alberto Gilardino. Atalanta Bergamo to drużyna, która postanowiła walczyć o korzystny rezultat do końca. Podopieczni Stefano Colantuono taką postawą doprowadzili do wyrównania w końcówce meczu. Tym, który umieścił piłkę w bramce rywala, był Richmond Boakye. Co ciekawe, napastnik zapisał się na liście strzelców w trzy minuty po zameldowaniu się na murawie. Wydawać by się mogło, że takim rezultatem skończy się to spotkanie. Jednak wszelakie niejasności, kto w tym meczu był lepszą drużyną, rozwiał Pasqual, wstrzeliwując się w przedostatniej minucie meczu w bramkę rywala. Tym samym to Fiorentina świętowała zwycięstwo, pozostając wciąż wśród drużyn, które walczą o możliwość występów w Lidze Mistrzów.
Rzymianie zdobywają Sardynię
Ostatnie spotkania to dla piłkarzy AS Roma stracone punkty. Remis z Empoli oraz porażka z Fiorentiną chwilowo oddaliły drużynę od marzeń o scudetto. Dla podopiecznych Rudiego Garcii kolejne spotkanie miało być powrotem na tory prowadzące do sukcesu. Zwłaszcza że nadchodzącym przeciwnikiem była ekipa zasiadająca na przeciwległym biegunie tabeli. Cagliari Calcio przed spotkaniem okupowało siedemnaste miejsce, tuż nad strefą spadkową. To, co miało sprzyjać zespołowi, to atut własnego boiska w postaci Sant Elia. Mimo nacisków Tottiego i spółki piłkarze prowadzeni przez Gianfranco Zolę do 37. minuty zachowali czyste konto. Wynik spotkania uległ zmianie pod koniec pierwszej połowy, kiedy to Adem Ljajić pokusił się o celny strzał na bramkę Cagliari. Doszło do tego po krótko rozegranym stałym fragmencie gry. Tym, który w pierwszej połowie wykazywał się szczególną aktywnością, a w tej sytuacji wpisał się na listę asystujących, był Daniele Verde. Po młodym, zaledwie osiemnastoletnim piłkarzu widać było ogromną chęć gry. Wynik nie uległ już zmianie do przerwy, powodując marsowe miny na twarzach gospodarzy.
Francesco Totti, AS Roma (fot. Forzaitalianfootball.com)
Cagliari Calcio próbowało swoich sił w drugiej odsłonie meczu, jednak piłkarze z tego klubu byli zmuszeni oddać zwycięstwo przyjezdnym. A ci, chcąc udowodnić swoją wyższość nad rywalem, zdobyli jeszcze jedną bramkę pod koniec spotkania. Zdobywcą gola dla rzymian został Paredes, zawodnik, który ledwie w 74. minucie wszedł na boisko, zastępując strzelca pierwszej bramki. W 85. minucie Argentyńczyk został obsłużony podaniem przez Verde. Interwencją przy tej bramce nie popisał się bramkarz „Rossoblu”, Zelijko Brkić.
Honorowe trafienie dla jedenastki z Sardynii zdobył M’Poku, dobrze główkując piłkę w stronę przeciwnej bramki. Gol ten padł już w doliczonym czasie gry, zatem to Roma zdobyła komplet punktów. Mecz ten utrzymuje tendencję obu drużyn, Roma wciąż liczy się w grze o mistrzostwo kraju, Cagliari walczy o utrzymanie się w lidze, nerwowo licząc punkty.
Empoli – Cesena, Sampdoria – Sassuolo
W pozostałych meczach Empoli wygrało z Ceseną, a Sampdoria zremisowała z Sassuolo. Pierwsze z wymienionych spotkań odbyło się na Carlo Castellani, gdzie pupile Maurizzio Sarriego podejmowali okupującą przedostatnie miejsce w tabeli Serie A AC Cesena. Wynik spotkania otworzył Maccarone, przytomnie zachowując się w polu karnym przeciwnika i oddając mocny strzał lewą nogą na bramkę. Drugi gol padł dla gospodarzy w 57. minucie. Trafienie zaliczył Franco Signorelli. Tym strzałem wynik pojedynku został ustalony. Spotkanie daje awans wygranym o jedno oczko w tabeli, tym samym oddalając na chwilę widmo spadku. Dla przegranych rezultat ten oznacza „umocnienie” się na przedostatniej lokacie we włoskiej lidze. W drugim z prezentowanych meczów, Cesena – Sampdoria, doszło do podziału punktów. Co ciekawe, obie bramki padły w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Acrebi otworzył spotkanie na korzyść Sassuolo, umieszczając głową piłkę w siatce przeciwnika. Do bliźniaczej sytuacji doszło po zaledwie siedmiu minutach na drugim końcu boiska. Tam przytomnie główkował Eder, ustalając tym samym końcowy rezultat spotkania.
Odrodzenie Interu
Po trzech kolejnych porażkach kibice Interu zaczynali wątpić w słuszność domniemanego planu Manciniego, który zakładał zajęcie w końcowej fazie sezonu Serie A miejsca gwarantującego już w przyszłym roku grę w Lidze Mistrzów. Wielkie transfery, spore nadzieje i zaledwie dwanaście punktów w jedenastu meczach pod wodzą „nowego” szkoleniowca to zdecydowanie za mało dla tifosich z czarno-niebieskiej części Mediolanu.
Jednak w niedzielny wieczór po pewnym zwycięstwie 3:0 nad US Palermo sympatycy „Nerazzurrich” w końcu mogli być dumni ze swoich bohaterów. Inter od samego początku kontrolował wydarzenia na boisku, wola walki, chęć zwycięstwa, bój o nawet najmniejszy skrawek boiska – to wszystko składało się na bardzo pozytywny odbiór całości. Na szczególną uwagę niewątpliwie zasłużył Xherdan Shaqiri, zawodnik nominalnie ustawiony na lewym skrzydle rządził i dzielił na całej szerokości i długości boiska. W końcu można powiedzieć, że ekipa „Czarno-niebieskich” ma w swoich szeregach światowej klasy zawodnika potrafiącego genialnie egzekwować stałe fragmenty gry. Niemalże przy każdym rzucie rożnym wykonywanym przez filigranowego pomocnika serca ludzi związanych z drużyną Palermo musiały bić zdecydowanie szybciej. Właśnie po jednym z nich po strzale głową do bramki „Rosanero” trafił Fredy Guarin, otwierając tym samym wynik spotkania. Objęcie prowadzenia rozluźniło nieco blok defensywny Interu, co natychmiast mogło skończyć się dla gospodarzy tragicznie. Mianowicie po (jak się później okazało) jedynej groźniej akcji ofensywnej Sycylijczyków mógł paść gol wyrównujący, jednak w sytuacji sam na sam z leżącym już bramkarzem swojej wartości nie potwierdził najlepszy strzelec drużyny Paulo Dybala i z odległości około trzech metrów posłał piłkę wysoko ponad poprzeczką. Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy spotkania, gdyby Argentyńczyk posiadający polskie korzenie zachował więcej zimnej krwi i zdobył wyrównującego gola. W drugiej odsłonie meczu na San Siro obraz gry nie uległ już zmianie. Inter nadal atakował z ogromną zawziętością, nie dopuszczając do głosu rywala, a gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja jeszcze dwukrotnie za sprawą kompletnie niewidocznego na przestrzeni całego meczu Mauro Icardiego, pokonał bramkarza gości Stefano Sorrentino. Co ciekawe, po żadnej z bramek czołowy snajper mediolańczyków nie okazywał radości. Najprawdopodobniej jest to konsekwencja ostatniego zdarzenia, do którego doszło po przegranym meczu 1:3 z US Sassuolo, kiedy kibice„Nerazzurrich” odrzucili koszulki podarowane im przez piłkarzy Interu udających się po końcowym gwizdku sędziego do szatni. Tu pojawia się retoryczne pytanie, czy nie lepiej dla dobra klubu byłoby zakopać topór wojenny i wspólnie działać na chwałę drużyny?
Doświadczenie zwyciężyło z młodością
W 22. kolejce włoskiej Serie A los skonfrontował ze sobą SSC Napoli oraz Udinese Calcio. Pewne zwycięstwo 3:1 w tym meczu odniosła drużyna prowadzona przez Rafaela Beniteza. Już od pierwszych minut inicjatywę na boisku przejęli faworyci tego spotkania, co bardzo szybko zaowocowało bramkami Driesa Mertensa oraz nowego nabytku „Błękitnych” Manolo Gabbiadiniego. Jednak jak to mają bardzo często w swoim zwyczaju włoskie drużyny, kiedy wydaję się, że wszystko jest już przesądzone, następuje moment rozluźnienia, którego konsekwencją jest utrata gola. Tak było i tym razem, kiedy do zagrania od Allana za linię obrony jako pierwszy dopadł Cyril Thereau i spokojnym uderzeniem przerzucił wychodzącego z własnej bramki w okolice szesnastego metra Orestisa Karnezisa. Ta bramka odmieniła obraz gry, zawodnicy Udinese uwierzyli, że mogą coś jeszcze w tym meczu zmienić. Niestety kolejne strzały nie znalazły już drogi do siatki, a kiedy w drugiej części gry samobójczym trafieniem popisał się dotychczasowy bohater „Zebr” Cyril Thereau, zawodnicy w biało-czarnych strojach wiedzieli, że to już koniec marzeń o wywiezieniu chociażby jednego punktu ze Stadio San Paolo. Dodatkowego smaczku temu widowisku nadawały medialne spekulację dotyczące zastąpienia „Rafy” Beniteza na stanowisku trenera przez Andreę Stramccioniego (aktualnego opiekuna Udinese), lecz w tym pojedynku to doświadczenie wzięło górę nad młodością. Czy działacze z Neapolu wyciągną jakieś wnioski z tej lekcji?
Jak nisko trzeba upaść…
Jednym z najciekawszych spotkań kolejki okazało się starcie pomiędzy Juventusem a Milanem. Jakiż duży kontrast przedstawiają oba zespoły w tym sezonie względem siebie. Juventus, który nieprzerwanie brnie po kolejce scudetto w kolekcji, i Milan, któremu do pierwszego miejsca w tabeli Serie A jest tak samo blisko jak do spadku. Juventus, który dominuje niemalże nad każdą drużyną, z którą przyjdzie mu się mierzyć, i Milan, któremu zdarzają się problemy w trakcie spotkań z drużynami z dołu tabeli. To spotkanie dla podopiecznych Allegriego miało stać się potwierdzeniem formy, dla Milanu zaś możliwością odbudowy straconego morale.
Ostatecznie z boiska pokonany schodził Milan… (fot. sport.it)
Spotkanie należało do gatunku dość szybkich i zmiennych. W pierwszej połowie nie dało się dostrzec większej dominacji gospodarzy, których ataki niszczone były przez środek pomocy, skonstruowany przez Inzaghiego właśnie na potrzeby destrukcji. Dużo kontrowersji wywołała decyzja o przyznaniu Sulleyowi Muntariemu kapitańskiej opaski, która według opinii wielu osób jest ostatnio darowana przypadkowym zawodnikom.
W pewnym momencie wszystko się załamało. Po utracie drugiej bramki wszystkie założenia taktyczne i pewna dyscyplina formacji całkowicie zniknęły, a w zagrania „Rossonerich” wkradły się panika oraz całkowity brak kontroli wydarzeń. Więcej o samym przebiegu spotkania możecie przeczytać TUTAJ.
Co się tyczy konsekwencji, to dla Juventusu sama wygrana popycha go o krok do przodu w drodze ku mistrzostwu. Dla Milanu przegrana 1:3 okazuje się kolejnym ciosem, który może okazać się nokautem.
Karny dający zwycięstwo
W meczu pomiędzy Lazio Rzym a FC Genoa jako faworyta wskazywano drużynę z Wiecznego Miasta. Jedenastka pod wodzą Stefano Pioli radzi sobie nad wyraz dobrze w trwającym sezonie ligi włoskiej. Wprawdzie w ostatniej kolejce doznała bolesnej porażki z niżej notowaną Ceseną, jednak nie zmienia to faktu, iż zespół wciąż liczy się w walce o możliwość występów w Lidze Mistrzów. Przed tym spotkaniem ekipę wyprzedziły drużyny UC Sampdoria oraz AC Fiorentina, ale to rzymianie mieli atut w postaci zaległego meczu. A co za tym szło, możliwość ponownego objęcia czwartego miejsca w tabeli. Genoa przed tym spotkaniem okupowała środek tabeli, zajmując jedenastą lokatę w zestawieniu drużyn rywalizujących w Serie A. Ewentualna wygrana z jedenastką Lazio wiązałaby się ze sporym awansem w tabeli. Ostatnie mecze to passa porażek oraz remisów składu pod wodzą Gian Piero Gasperiniego. Aby zobaczyć zwycięstwo swoich pupili, kibice „Rossoblu” musieliby wrócić aż do meczu z Milanem, który w tym sezonie ewidentnie odgrywa rolę chłopców do bicia. To z pewnością motywowało piłkarzy do tego, aby w końcu powalczyć o komplet punktów, nawet na gorącym terenie Olimpico di Roma.
Piłkarze obu klubów stworzyli dziś emocjonujące widowisko (fot. lazio.theoffside.com)
Jak wielokrotnie można się było przekonać, przedmeczowe statystyki przemawiające na korzyść jednej z drużyn to jedno, prawda murawy, gdzie grają żywi piłkarze, a nie cyferki z zestawień, to drugie. Genoa przyjechała do stolicy kraju jak równorzędny rywal. Spotkanie obfitowało w indywidualne kary, sędzia wielokrotnie sięgał po żółty kartonik i raz, co w dużym stopniu przesądziło o losach spotkania, po czerwony. Tym, który zmniejszył siłę swojej drużyny, stał się bramkarz Lazio, Federico Marchetti, który zbyt ostro interweniował przy ataku na bramkę rozpędzonego Nianga. Antybohatera meczu zastąpił w bramce Berisha, który zawitał na boisku jako zmiennik Cataldiego. Wykonawcą rzutu karnego został Perotti, strzelając gola po lekkim, technicznym uderzeniu. Lazio po straconym golu próbowało swoich szans, ale dobrze dysponowana Genua świetnie broniła dostępu do swojej bramki. Dobrą dyspozycją w zespole przyjezdnych odznaczał się M’Baye Niang, często biorąc na siebie ciężar gry. Narastająca frustracja w szeregach gospodarzy spowodowała, iż nawet trener drużyny, Stefano Pioli, otrzymał upomnienie od arbitra prowadzącego spotkanie za niestosowne zachowanie. Jego podopieczni grający w dziesiątkę upatrywali swoich szans w stałych fragmentach gry. Po jednym z rzutów rożnych piłkę z przewrotki próbował ulokować w bramce rywala Mauri. Strzał był wyjątkowej urody, niestety dla kibiców zebranych na stadionie, niecelny. Genoa także miała swoje szanse, mądrze wykorzystując przewagę jednego gracza. Piłkarzom w czerwono-niebieskich trykotach udało się nawet umieścić raz jeszcze piłkę w bramce rywala, jednakże sędzia słusznie odgwizdał spalonego. Końcówka rywalizacji to coraz większy chaos na boisku, rozjemca tego spotkania wyraźnie nie radził sobie z temperamentem graczy walczących o piłkę. Na w pełni zasłużone gwizdy arbiter zapracował w samej końcówce meczu, kiedy faulowany Kolse przez dłuższy czas nie podnosił się z murawy, nie wzbudzając specjalnego zainteresowania pana dzierżącego gwizdek. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:1. Genoa zasłużenie wywiozła komplet punktów z Rzymu, przełamując nie najlepszą passę. Kolejne konfrontacje dobrze wróżą dla zwycięzców tego spotkania, ponieważ rywale wydają się mniej wymagający. Lazio natomiast, jeśli chce wciąż liczyć się w stawce o wyższe cele, musi zdecydowanie zmobilizować się przed kolejną odsłoną ligowych rozgrywek.
Kolejna kolejka Serie A to dominacja Juventusu, upokorzony Milan, Inter wracający do gry, Lazio tracące punktu u siebie oraz specjalny dla najlepszego Polaka w Serie A mecz Torino. Zobaczmy, co jeszcze się działo stadionach ligi włoskiej podczas 22. rywalizacji w tym sezonie.
Rozpędzony byk
Wziąć byka za rogi. Tymi słowami zapewne motywowali się gracze z Werony przed przyjazdem na ich boisko piłkarzy Torino. Zwłaszcza że ostatni dwumecz z drużyną, która tak jak i Torino reprezentuje stolicę Piemontu, zakończył się dramatycznym wynikiem. Najpierw Juventus Turyn rozgromił Hellas w rozgrywkach pucharowych aż 6:1, aby trzy dni później już w ligowym spotkaniu dołożyć do niechlubnej dla piłkarzy „Gialloblu” statystyki jeszcze cztery bramki, nie tracąc przy tym żadnego gola… Ale Torino to nie „Juve” i w rywalizacji z jedenastką, która przed tą kolejką znajdowała się tylko oczko wyżej w zestawieniu Serie A, można było pokusić się o komplet punktów. Zwłaszcza grając na własnym stadionie.
Kamil Glik (fot. gwizdek24.se.pl)
Spotkanie dla dobrze dysponowanej ekipy z Turynu, względnie kapitana zespołu, miało wydźwięk szczególny. Dla Kamila Glika był to setny mecz rozgrywany w najlepszych włoskich rozgrywkach. Patrząc na ostatnie spotkania w wykonaniu swoich kolegów, reprezentant Polski mógł z dużą dawką optymizmu spoglądać na losy tej rywalizacji. Kiedy wywozi się korzystny rezultat z gorącego terenu San Siro po konfrontacji z Interem Mediolan, a chwilę później dokonuje się pogromu na drużynie z górnej części tabeli, można sobie na taki komfort pozwolić. Jubileusz Glika, jak się okazało, był szczęśliwy dla klasowego obrońcy, mimo żółtej kartki, którą Polak otrzymał w 23. minucie meczu. Piłkarze prowadzeni przez Giampiero Venturę wygrali po raz kolejny. Najpierw na listę strzelców wpisał się Martinez, który wykorzystując zamieszanie w polu karnym rywala, umieścił futbolówkę w bramce. Ten sam zawodnik przyczynił się do zdobycia drugiego gola. To po faulu na nim arbiter tego spotkania podyktował rzut karny, który na drugą bramkę dla zespołu „Granaty” przekuł najlepszy strzelec jedenastki, Fabio Quagiarella. Kontaktowe trafienie pod koniec meczu zaliczył Luca Toni. Przedłużył on nadzieje kibiców zebranych na Marcantonio Bentegodi na wywalczenie choć jednego punktu w tej rywalizacji. Jednak to „Byki” postawiły kropkę nad i, strzelając trzeciego gola. Do kapitulacji Rafaela doprowadził wchodzący z ławki w drugiej połowie El Kaddouri. Tym, który dogrywał do piłkarza, był nie kto inny jak strzelec pierwszej bramki. Torino trzy, Hellas jeden. Dobra passa ekipy kierowanej na murawie przez Glika trwa.
Fioletowa wygrana
W tym meczu zdecydowanym faworytem była jedenastka gospodarzy. „Viola”, zmotywowana poprzedzającym to spotkanie pucharowym meczem z Romą, stawiana była w przedmeczowych ocenach w roli faworyta. Do tego widoczna duża różnica w miejscach w ligowej tabeli także przemawiała na korzyść „Fioletowych”. Obie ekipy spotkały się zupełnie niedawno w pucharze kraju, AC Fiorentina odprawiła wówczas rywala z kwitkiem, zadając mu trzy bolesne ciosy. Tym większe zaskoczenie malowało się na twarzach florenckich kibiców, kiedy to po zaledwie dziewięciu minutach gry Davide Zappacosta zdobył bramkę, stawiając swoją drużynę w dobrej sytuacji. W tej akcji nie popisał się rumuński bramkarz „Gigliatich”, Ciprian Tatarusanu. Na szczęście dla miejscowych nabywców biletów, zgromadzonych na Stadio Artemio Franchi, lokalny zespól szybko odzyskał rezon, doprowadzając do remisu. Gol na korzyść „Violi” padł w osiemnastej minucie. Strzelcem wyrównującego trafienia został Jose Maria Basanta. Obrońca zdobył gola po stałym fragmencie gry, celnie główkując w stronę siatki przeciwnika.
ACF Fiorentina wygrywa (fot. Tuttosport.com)
Druga połowa to wymiana ciosów pomiędzy ekipami. Do przełamania wyniku doprowadził dopiero w 76. minucie Alessandro Diamanti. Pomocnik najwyraźniej dopracowywał swoje umiejętności dryblerskie w Chinach, gdzie przebywał jakiś czas wraz z obecnym kolegą z zespołu, Alberto Gilardino. Atalanta Bergamo to drużyna, która postanowiła walczyć o korzystny rezultat do końca. Podopieczni Stefano Colantuono taką postawą doprowadzili do wyrównania w końcówce meczu. Tym, który umieścił piłkę w bramce rywala, był Richmond Boakye. Co ciekawe, napastnik zapisał się na liście strzelców w trzy minuty po zameldowaniu się na murawie. Wydawać by się mogło, że takim rezultatem skończy się to spotkanie. Jednak wszelakie niejasności, kto w tym meczu był lepszą drużyną, rozwiał Pasqual, wstrzeliwując się w przedostatniej minucie meczu w bramkę rywala. Tym samym to Fiorentina świętowała zwycięstwo, pozostając wciąż wśród drużyn, które walczą o możliwość występów w Lidze Mistrzów.
Rzymianie zdobywają Sardynię
Ostatnie spotkania to dla piłkarzy AS Roma stracone punkty. Remis z Empoli oraz porażka z Fiorentiną chwilowo oddaliły drużynę od marzeń o scudetto. Dla podopiecznych Rudiego Garcii kolejne spotkanie miało być powrotem na tory prowadzące do sukcesu. Zwłaszcza że nadchodzącym przeciwnikiem była ekipa zasiadająca na przeciwległym biegunie tabeli. Cagliari Calcio przed spotkaniem okupowało siedemnaste miejsce, tuż nad strefą spadkową. To, co miało sprzyjać zespołowi, to atut własnego boiska w postaci Sant Elia. Mimo nacisków Tottiego i spółki piłkarze prowadzeni przez Gianfranco Zolę do 37. minuty zachowali czyste konto. Wynik spotkania uległ zmianie pod koniec pierwszej połowy, kiedy to Adem Ljajić pokusił się o celny strzał na bramkę Cagliari. Doszło do tego po krótko rozegranym stałym fragmencie gry. Tym, który w pierwszej połowie wykazywał się szczególną aktywnością, a w tej sytuacji wpisał się na listę asystujących, był Daniele Verde. Po młodym, zaledwie osiemnastoletnim piłkarzu widać było ogromną chęć gry. Wynik nie uległ już zmianie do przerwy, powodując marsowe miny na twarzach gospodarzy.
Francesco Totti, AS Roma (fot. Forzaitalianfootball.com)
Cagliari Calcio próbowało swoich sił w drugiej odsłonie meczu, jednak piłkarze z tego klubu byli zmuszeni oddać zwycięstwo przyjezdnym. A ci, chcąc udowodnić swoją wyższość nad rywalem, zdobyli jeszcze jedną bramkę pod koniec spotkania. Zdobywcą gola dla rzymian został Paredes, zawodnik, który ledwie w 74. minucie wszedł na boisko, zastępując strzelca pierwszej bramki. W 85. minucie Argentyńczyk został obsłużony podaniem przez Verde. Interwencją przy tej bramce nie popisał się bramkarz „Rossoblu”, Zelijko Brkić.
Honorowe trafienie dla jedenastki z Sardynii zdobył M’Poku, dobrze główkując piłkę w stronę przeciwnej bramki. Gol ten padł już w doliczonym czasie gry, zatem to Roma zdobyła komplet punktów. Mecz ten utrzymuje tendencję obu drużyn, Roma wciąż liczy się w grze o mistrzostwo kraju, Cagliari walczy o utrzymanie się w lidze, nerwowo licząc punkty.
Empoli – Cesena, Sampdoria – Sassuolo
W pozostałych meczach Empoli wygrało z Ceseną, a Sampdoria zremisowała z Sassuolo. Pierwsze z wymienionych spotkań odbyło się na Carlo Castellani, gdzie pupile Maurizzio Sarriego podejmowali okupującą przedostatnie miejsce w tabeli Serie A AC Cesena. Wynik spotkania otworzył Maccarone, przytomnie zachowując się w polu karnym przeciwnika i oddając mocny strzał lewą nogą na bramkę. Drugi gol padł dla gospodarzy w 57. minucie. Trafienie zaliczył Franco Signorelli. Tym strzałem wynik pojedynku został ustalony. Spotkanie daje awans wygranym o jedno oczko w tabeli, tym samym oddalając na chwilę widmo spadku. Dla przegranych rezultat ten oznacza „umocnienie” się na przedostatniej lokacie we włoskiej lidze. W drugim z prezentowanych meczów, Cesena – Sampdoria, doszło do podziału punktów. Co ciekawe, obie bramki padły w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Acrebi otworzył spotkanie na korzyść Sassuolo, umieszczając głową piłkę w siatce przeciwnika. Do bliźniaczej sytuacji doszło po zaledwie siedmiu minutach na drugim końcu boiska. Tam przytomnie główkował Eder, ustalając tym samym końcowy rezultat spotkania.
Odrodzenie Interu
Po trzech kolejnych porażkach kibice Interu zaczynali wątpić w słuszność domniemanego planu Manciniego, który zakładał zajęcie w końcowej fazie sezonu Serie A miejsca gwarantującego już w przyszłym roku grę w Lidze Mistrzów. Wielkie transfery, spore nadzieje i zaledwie dwanaście punktów w jedenastu meczach pod wodzą „nowego” szkoleniowca to zdecydowanie za mało dla tifosich z czarno-niebieskiej części Mediolanu.
Jednak w niedzielny wieczór po pewnym zwycięstwie 3:0 nad US Palermo sympatycy „Nerazzurrich” w końcu mogli być dumni ze swoich bohaterów. Inter od samego początku kontrolował wydarzenia na boisku, wola walki, chęć zwycięstwa, bój o nawet najmniejszy skrawek boiska – to wszystko składało się na bardzo pozytywny odbiór całości. Na szczególną uwagę niewątpliwie zasłużył Xherdan Shaqiri, zawodnik nominalnie ustawiony na lewym skrzydle rządził i dzielił na całej szerokości i długości boiska. W końcu można powiedzieć, że ekipa „Czarno-niebieskich” ma w swoich szeregach światowej klasy zawodnika potrafiącego genialnie egzekwować stałe fragmenty gry. Niemalże przy każdym rzucie rożnym wykonywanym przez filigranowego pomocnika serca ludzi związanych z drużyną Palermo musiały bić zdecydowanie szybciej. Właśnie po jednym z nich po strzale głową do bramki „Rosanero” trafił Fredy Guarin, otwierając tym samym wynik spotkania. Objęcie prowadzenia rozluźniło nieco blok defensywny Interu, co natychmiast mogło skończyć się dla gospodarzy tragicznie. Mianowicie po (jak się później okazało) jedynej groźniej akcji ofensywnej Sycylijczyków mógł paść gol wyrównujący, jednak w sytuacji sam na sam z leżącym już bramkarzem swojej wartości nie potwierdził najlepszy strzelec drużyny Paulo Dybala i z odległości około trzech metrów posłał piłkę wysoko ponad poprzeczką. Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy spotkania, gdyby Argentyńczyk posiadający polskie korzenie zachował więcej zimnej krwi i zdobył wyrównującego gola. W drugiej odsłonie meczu na San Siro obraz gry nie uległ już zmianie. Inter nadal atakował z ogromną zawziętością, nie dopuszczając do głosu rywala, a gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja jeszcze dwukrotnie za sprawą kompletnie niewidocznego na przestrzeni całego meczu Mauro Icardiego, pokonał bramkarza gości Stefano Sorrentino. Co ciekawe, po żadnej z bramek czołowy snajper mediolańczyków nie okazywał radości. Najprawdopodobniej jest to konsekwencja ostatniego zdarzenia, do którego doszło po przegranym meczu 1:3 z US Sassuolo, kiedy kibice„Nerazzurrich” odrzucili koszulki podarowane im przez piłkarzy Interu udających się po końcowym gwizdku sędziego do szatni. Tu pojawia się retoryczne pytanie, czy nie lepiej dla dobra klubu byłoby zakopać topór wojenny i wspólnie działać na chwałę drużyny?
Doświadczenie zwyciężyło z młodością
W 22. kolejce włoskiej Serie A los skonfrontował ze sobą SSC Napoli oraz Udinese Calcio. Pewne zwycięstwo 3:1 w tym meczu odniosła drużyna prowadzona przez Rafaela Beniteza. Już od pierwszych minut inicjatywę na boisku przejęli faworyci tego spotkania, co bardzo szybko zaowocowało bramkami Driesa Mertensa oraz nowego nabytku „Błękitnych” Manolo Gabbiadiniego. Jednak jak to mają bardzo często w swoim zwyczaju włoskie drużyny, kiedy wydaję się, że wszystko jest już przesądzone, następuje moment rozluźnienia, którego konsekwencją jest utrata gola. Tak było i tym razem, kiedy do zagrania od Allana za linię obrony jako pierwszy dopadł Cyril Thereau i spokojnym uderzeniem przerzucił wychodzącego z własnej bramki w okolice szesnastego metra Orestisa Karnezisa. Ta bramka odmieniła obraz gry, zawodnicy Udinese uwierzyli, że mogą coś jeszcze w tym meczu zmienić. Niestety kolejne strzały nie znalazły już drogi do siatki, a kiedy w drugiej części gry samobójczym trafieniem popisał się dotychczasowy bohater „Zebr” Cyril Thereau, zawodnicy w biało-czarnych strojach wiedzieli, że to już koniec marzeń o wywiezieniu chociażby jednego punktu ze Stadio San Paolo. Dodatkowego smaczku temu widowisku nadawały medialne spekulację dotyczące zastąpienia „Rafy” Beniteza na stanowisku trenera przez Andreę Stramccioniego (aktualnego opiekuna Udinese), lecz w tym pojedynku to doświadczenie wzięło górę nad młodością. Czy działacze z Neapolu wyciągną jakieś wnioski z tej lekcji?
Jak nisko trzeba upaść…
Jednym z najciekawszych spotkań kolejki okazało się starcie pomiędzy Juventusem a Milanem. Jakiż duży kontrast przedstawiają oba zespoły w tym sezonie względem siebie. Juventus, który nieprzerwanie brnie po kolejce scudetto w kolekcji, i Milan, któremu do pierwszego miejsca w tabeli Serie A jest tak samo blisko jak do spadku. Juventus, który dominuje niemalże nad każdą drużyną, z którą przyjdzie mu się mierzyć, i Milan, któremu zdarzają się problemy w trakcie spotkań z drużynami z dołu tabeli. To spotkanie dla podopiecznych Allegriego miało stać się potwierdzeniem formy, dla Milanu zaś możliwością odbudowy straconego morale.
Ostatecznie z boiska pokonany schodził Milan… (fot. sport.it)
Spotkanie należało do gatunku dość szybkich i zmiennych. W pierwszej połowie nie dało się dostrzec większej dominacji gospodarzy, których ataki niszczone były przez środek pomocy, skonstruowany przez Inzaghiego właśnie na potrzeby destrukcji. Dużo kontrowersji wywołała decyzja o przyznaniu Sulleyowi Muntariemu kapitańskiej opaski, która według opinii wielu osób jest ostatnio darowana przypadkowym zawodnikom.
W pewnym momencie wszystko się załamało. Po utracie drugiej bramki wszystkie założenia taktyczne i pewna dyscyplina formacji całkowicie zniknęły, a w zagrania „Rossonerich” wkradły się panika oraz całkowity brak kontroli wydarzeń. Więcej o samym przebiegu spotkania możecie przeczytać TUTAJ.
Co się tyczy konsekwencji, to dla Juventusu sama wygrana popycha go o krok do przodu w drodze ku mistrzostwu. Dla Milanu przegrana 1:3 okazuje się kolejnym ciosem, który może okazać się nokautem.
Karny dający zwycięstwo
W meczu pomiędzy Lazio Rzym a FC Genoa jako faworyta wskazywano drużynę z Wiecznego Miasta. Jedenastka pod wodzą Stefano Pioli radzi sobie nad wyraz dobrze w trwającym sezonie ligi włoskiej. Wprawdzie w ostatniej kolejce doznała bolesnej porażki z niżej notowaną Ceseną, jednak nie zmienia to faktu, iż zespół wciąż liczy się w walce o możliwość występów w Lidze Mistrzów. Przed tym spotkaniem ekipę wyprzedziły drużyny UC Sampdoria oraz AC Fiorentina, ale to rzymianie mieli atut w postaci zaległego meczu. A co za tym szło, możliwość ponownego objęcia czwartego miejsca w tabeli. Genoa przed tym spotkaniem okupowała środek tabeli, zajmując jedenastą lokatę w zestawieniu drużyn rywalizujących w Serie A. Ewentualna wygrana z jedenastką Lazio wiązałaby się ze sporym awansem w tabeli. Ostatnie mecze to passa porażek oraz remisów składu pod wodzą Gian Piero Gasperiniego. Aby zobaczyć zwycięstwo swoich pupili, kibice „Rossoblu” musieliby wrócić aż do meczu z Milanem, który w tym sezonie ewidentnie odgrywa rolę chłopców do bicia. To z pewnością motywowało piłkarzy do tego, aby w końcu powalczyć o komplet punktów, nawet na gorącym terenie Olimpico di Roma.
Piłkarze obu klubów stworzyli dziś emocjonujące widowisko (fot. lazio.theoffside.com)
Jak wielokrotnie można się było przekonać, przedmeczowe statystyki przemawiające na korzyść jednej z drużyn to jedno, prawda murawy, gdzie grają żywi piłkarze, a nie cyferki z zestawień, to drugie. Genoa przyjechała do stolicy kraju jak równorzędny rywal. Spotkanie obfitowało w indywidualne kary, sędzia wielokrotnie sięgał po żółty kartonik i raz, co w dużym stopniu przesądziło o losach spotkania, po czerwony. Tym, który zmniejszył siłę swojej drużyny, stał się bramkarz Lazio, Federico Marchetti, który zbyt ostro interweniował przy ataku na bramkę rozpędzonego Nianga. Antybohatera meczu zastąpił w bramce Berisha, który zawitał na boisku jako zmiennik Cataldiego. Wykonawcą rzutu karnego został Perotti, strzelając gola po lekkim, technicznym uderzeniu. Lazio po straconym golu próbowało swoich szans, ale dobrze dysponowana Genua świetnie broniła dostępu do swojej bramki. Dobrą dyspozycją w zespole przyjezdnych odznaczał się M’Baye Niang, często biorąc na siebie ciężar gry. Narastająca frustracja w szeregach gospodarzy spowodowała, iż nawet trener drużyny, Stefano Pioli, otrzymał upomnienie od arbitra prowadzącego spotkanie za niestosowne zachowanie. Jego podopieczni grający w dziesiątkę upatrywali swoich szans w stałych fragmentach gry. Po jednym z rzutów rożnych piłkę z przewrotki próbował ulokować w bramce rywala Mauri. Strzał był wyjątkowej urody, niestety dla kibiców zebranych na stadionie, niecelny. Genoa także miała swoje szanse, mądrze wykorzystując przewagę jednego gracza. Piłkarzom w czerwono-niebieskich trykotach udało się nawet umieścić raz jeszcze piłkę w bramce rywala, jednakże sędzia słusznie odgwizdał spalonego. Końcówka rywalizacji to coraz większy chaos na boisku, rozjemca tego spotkania wyraźnie nie radził sobie z temperamentem graczy walczących o piłkę. Na w pełni zasłużone gwizdy arbiter zapracował w samej końcówce meczu, kiedy faulowany Kolse przez dłuższy czas nie podnosił się z murawy, nie wzbudzając specjalnego zainteresowania pana dzierżącego gwizdek. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:1. Genoa zasłużenie wywiozła komplet punktów z Rzymu, przełamując nie najlepszą passę. Kolejne konfrontacje dobrze wróżą dla zwycięzców tego spotkania, ponieważ rywale wydają się mniej wymagający. Lazio natomiast, jeśli chce wciąż liczyć się w stawce o wyższe cele, musi zdecydowanie zmobilizować się przed kolejną odsłoną ligowych rozgrywek.