Wiele oczekiwano sobie po jubileuszowym starciu Widzewa z ŁKS-em. Derby Łodzi rozczarowały, a po końcowym gwizdku szczęśliwi mogą być tylko goście. Widzewiacy wywieźli z gorącego terenu trzy punkty po spotkaniu, które mogło zadowolić tylko prawdziwych koneserów ligowej piłki.
70. derby Łodzi miały przynieść odpowiedź na pytanie, w jakim kierunku zmierzają obie drużyny. W mediach społecznościowych ŁKS-u pojedynek obu zespołów przedstawiono w postaci grafiki, na której płyną obok siebie dwa statki. Po spotkaniu wiemy tyle, że Widzew zdołał utrzymać się na powierzchni i z małą nutką optymizmu może spoglądać w przyszłość. Passa czterech ligowych meczów bez punktu w końcu została przełamana. A ŁKS? „Biało-czerwono-biali” dryfują w kierunku Fortuna 1. Ligi. Szanse na utrzymanie się na powierzchni (czytaj: w PKO BP Ekstraklasie) są już w zasadzie tylko matematyczne, a w pozytywny scenariusz nie wierzą nawet najwięksi optymiści.
Pierwsza połowa: mecz ślepego z kulawym
To nie było wielkie piłkarskie widowisko. Można by rzec: mecz na miarę obu drużyn. Sztuką jest jednak, by w takich pojedynkach umieć przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Widzew tego dokonał. W pierwszej połowie piłkarze nie rozpieszczali kibiców na stadionie i tych zgromadzonych przed telewizorami. Być może to ŁKS miał nieco więcej z gry, ale nie znalazło to żadnego przełożenia na konkretne sytuacje. Dość powiedzieć, że w ciągu 45 minut obie drużyny oddały łącznie… jeden celny strzał. Przebieg pierwszej połowy udanie podsumował w serwisie X jeden z łódzkich dziennikarzy.
Derby Łodzi: Widzew lepszy po przerwie
Druga część spotkania to już zdecydowana dominacja Widzewa. Goście szybko objęli prowadzenie (doskonały strzał głową Jordiego Sancheza). Potem nie pozwolili ŁKS-owi na stworzenie żadnej groźnej sytuacji. A na koniec – już w doliczonym czasie gry (mecz przedłużono ze względu na race odpalane przez kibiców obu stron) – zwycięstwo przypieczętował przytomnym strzałem Fabio Nunes.











