To był szczególny wieczór w angielskiej Premier League. Mecz West Ham – Manchester United miał toczyć się o europejskie puchary, godne pożegnanie stadionu gospodarzy oraz… samopoczucie Pepa Guardioli. Można było spodziewać się walki na boisku i tu się nie zawiedliśmy. Gorzej działo się przed meczem – niektórzy kibice chyba zbyt wiele razy obejrzeli film „Hooligans”.
Na pierwszą połowę spotkania Manchester w ogóle nie dojechał, dosłownie i w przenośni. Mecz miał rozpocząć się o godzinie 20:45 (coś a’la Liga Mistrzów?), ale uśmiechnięci od ucha do ucha kibice gospodarzy postanowili zbombardować autokar przyjezdnych butelkami i wszystkim innym, co akurat mieli pod ręką.
https://twitter.com/JackJBborthwick/status/730096053538689025
Nie mamy pojęcia, z czego cieszą się fani West Hamu na powyższym filmie. Ich chamskie i prostackie zachowanie będzie zbierało żniwa: FA zapewne odnajdzie kilku winnych po podobnych nagraniach, a i sam klub powinien zostać obarczony karą. To był ostatni mecz „Młotów” na Upton Park, stadionie, na którym drużyna rozgrywa swoje batalie już od 112 lat. W następnym sezonie goście londyńskiego zespołu będą przyjeżdżać na Stadion Olimpijski. Jeżeli tak ma wyglądać pożegnanie zasłużonych murów, to lepiej ostatniego meczu w ogóle nie rozgrywać.
Wracając do samego spotkania: Manchester nie dojechał i było to doskonale widoczne w pierwszych 45 minutach, po których mogli i powinni przegrywać nawet 0:4, gdyby tylko strzelby gospodarzy miały dobrze nastawione celowniki i nie starały się strzelać w trybuny (Payet) lub prosto w De Geę (Carroll). Do przerwy 0:1 po strzale Sakho i rykoszecie od Blinda.
Blind. To był bezsprzecznie najgorszy mecz Holendra w koszulce z diabełkiem na piersi. Bezpośrednio zawinił przy wszystkich trzech bramkach (przy dwóch spokojnie można by zapisać mu samobóje), przez pełne 90 minut był najbardziej niepewnym graczem na murawie, w dodatku przy pudle Carrolla złamał linię spalonego o dobre pięć metrów. A gdyby nie Blind…
… to United prawdopodobnie by to spotkanie wygrał. Za odrabianie strat wziął się Anthony Martial, któremu dzisiejsi gospodarze wyraźnie leżą: prócz dwóch bramek dzisiaj strzelił jeszcze w 1/4 finału Pucharu Anglii, czym walnie przyczynił się do pozostania „Czerwonych Diabłów” w rozgrywkach. Francuz obok Herrery i – co za nowość – De Gei był jedynym piłkarzem Manchesteru, który grał na poziomie. Reszta zespołu? Przeszła obok spotkania.












