Bez bramki od 27 sierpnia. Bez zwycięstwa od 6 sierpnia. Beznadziejna postawa w ofensywie i najmniej stworzonych sytuacji bramkowych. Rzeczywistość Warty Poznań w tym sezonie. Niestety, ale nie zdobywając bramki w sześciu meczach z rzędu, nie można liczyć na utrzymanie, a to, jeśli Warta Poznań się nie otrząśnie, zaraz odjedzie.
Większość osób liczyła na kontynuację pięknej historii Warty w PKO Ekstraklasie. Nie ma co ukrywać, ostatnie dwa sezony były jak z baśni braci Grimm. Nikt o tym nie śnił, że uda się zająć 5. miejsce i praktycznie otrzeć się o europejskie puchary. Takie science fiction. Pewnie kiedyś musiała się skończyć ta wyśniona historia. I oby nie skończyło się to od razu mocnym uderzeniem o ziemię i spadkiem.
Przed sezonem nikt może nie oczekiwał powtórzenia sukcesu z poprzednich rozgrywek, czyli 5. lokaty, ale Warta Poznań raczej nie była spisywana na spadek. Wszyscy w Poznaniu zdawali sobie sprawę, że poprzednie sezony to przypadek – zasłużony, ale przypadek. „Zieloni” jednak liczyli przede wszystkim na pewne utrzymanie. O to będzie trudniej niż w poprzednim sezonie. Nie tylko dlatego, że spada więcej drużyn i przeciwnicy wydają się mocniejsi, ale też dlatego, że Warta jest słabsza niż rok temu.
Warta Poznań – uśpiona czujność
Ponoć nie można się tak łatwo odkochać jak zakochać. Proces zauroczenia przychodzi bardzo szybko, ale trzeba to pielęgnować, aby początkowy stan przerodził się w coś więcej. Warta Poznań w tym sezonie o to nie dba. Rok temu, nazwijmy to tak, rozkochała w sobie bezstronnych kibiców. Teraz ci oglądający ich spotkania łapią się za głowę i pytają, „jak my mogliśmy się w ich grze zakochać”. Podobny syndrom jak z dziewczyną. Raków Częstochowa na dłużej pozostał w sercach kibiców i w drugim sezonie w ekstraklasie nie obniżył lotów, a ustabilizował swoją pozycję.
Warta obniżyła loty i to drastycznie. Choć początek sezonu nie wskazywał na to, że zaraz zaczną się kłopoty. Przecież po trzech kolejkach mieli pięć punktów. W tym remisy ze Śląskiem i Pogonią oraz wysokie zwycięstwo z Górnikiem Łęczna. Uśpiło to trochę czujność. Przecież wydawało się, że odejście Makany Baku nie spowodowało drastycznego spadku umiejętności, a drużyna jak punktowała, tak punktuje. Prawdziwych mężczyzn nie poznaje się po tym, jak rozpoczynają, a jak kończą.











