W Katowicach miejscowy GKS przegrał z Wartą Poznań 0:3. Bramki dla gości strzelali: Reiss i dwukrotnie Giel. Najlepiej w obozie gospodarzy zaprezentował się… mały chłopiec, który prowadził doping. Katowiczan do końca czeka trudna walka o ligowy byt.
Kibice zgromadzeni tego dnia na obiekcie w Katowicach nie zdążyli jeszcze swobodnie się usadowić, a ich pupile już przegrywali. W 4. minucie do siatki trafił bowiem niezawodny Reiss, który perfekcyjnie wykorzystał dośrodkowanie Rafała Kosznika. Szybko stracona bramka nieco podłamała gospodarzy, którzy w 10. minucie przegrywali już 0:2! Tym razem na listę strzelców wpisał się Giel, który skorzystał z ogromnego zamieszania w polu karnym GKS-u. Taki obrót spraw wyraźnie nie spodobał się kibicom miejscowej drużyny, którzy dobitnie dali wyraz swemu niezadowoleniu.

Ta forma dopingu jeszcze bardziej sparaliżowała poczynania gospodarzy, którzy w 17. minucie powinni stracić kolejną bramkę, ale tym razem Reiss pomylił się o kilka centymetrów. Co się odwlecze, to nie uciecze, i tak też było w tym wypadku. W 22. minucie obserwowaliśmy prawdziwy nokaut GKS-u, a egzekutorem po raz drugi okazał się Giel, który ładnym strzałem przy słupku wykończył akcję Warty. Fatalnie w tym spotkaniu spisywał się Napierała, który zawinił przy obu golach gości.
Prawdą jest jednak, że cały zespół katowiczan prezentował się po prostu żenująco. Podopieczni Rafała Góraka sprawiali wrażenie ludzi, którzy marzą o tym, by jak najszybciej udać się do szatni. Tymczasem piłkarze Warty spokojnie rozgrywali swoje akcje, w pełni kontrolując przebieg spotkania. W 41. minucie poznaniacy powinni zdobyć czwartego gola, ale Bereszyński strzelił minimalnie obok słupka. Kilkanaście sekund później katowiczanie mieli okazję na bramkę honorową, ale Zachara nie zdołał wykorzystać doskonałej okazji. W 45. minucie fatalnie zachował się golkiper gości, Jakub Słowik, który minął się z piłką, ale ta po uderzeniu z ostrego kąta tylko przetoczyła się po poprzeczce. Chwilę później arbiter zakończył pierwszą część spotkania.

Druga połowa w dużej mierze przypominała to, co obejrzeliśmy przed przerwą. Jedyna większa zmiana dokonała się za to na… trybunach. Zdegustowani pokazem swoich piłkarzy kibice GKS-u zaczęli opuszczać obiekt. To spowodowało, że na stadionie zapanowała niemal kompletna cisza, a doping prowadził mały chłopiec. Samo spotkanie toczone było w iście sparingowym tempie i nikt nie ukrywał, że jego losy dawno zostały już rozstrzygnięte. Powiedzieć, że było nudno, to nie powiedzieć nic. Gospodarze sporadycznie próbowali zawiązać jakąkolwiek groźną akcję, ale brakowało precyzji.











