Kiedyś, gdy jego nazwisko widniało w wyjściowym składzie, można było spodziewać się po nim jednej z trzech rzeczy: gola, asysty lub pięknych zagrań. Jednak od jakiegoś czasu coraz rzadziej albo wcale tego nie widzimy. Pytanie brzmi – dlaczego?
W ciągu ośmiu lat, jakie Holender spędził na Emirates Stadium, zdobył 131 bramek w 274 spotkaniach, co daje nam średnią 0,54 gola na mecz. Po przeprowadzce do Manchesteru może pochwalić się 56 trafieniami w 96 meczach – 0,58 gola na mecz. Statystyki co prawda stoją po jego stronie, ale nie wszystko jest tak kolorowe, jak się wydaje.

W czasie swojej gry dla „Kanonierów” van Persie był dziewięciokrotnie kontuzjowany, przez co opuścił 77 spotkań. Jako „Czerwony Diabeł” tylko trzykrotnie odnosił kontuzje, co wykluczyło go na łącznie 21 meczów. Trzeba też przyznać, że to właśnie w Arsenalu Holender się ukształtował, a do United przeszedł jako zawodnik u szczytu formy. Dojście do tak wspaniałej dyspozycji, nauka techniki, a przede wszystkim nabycie pewności siebie zajęły mu trochę czasu.
Gdy jednak wyżej wymienione cechy już nadeszły, mieliśmy przyjemność oglądania w akcji jednego z najlepszych napastników na świecie. Gdy tylko grał, strzelał gole jak na zawołanie, w dodatku przepiękne. Niestety grał rzadko. Ciągłe kontuzje, konkurencja w składzie i spadki formy – to wszystko sprawiało, że „Latający Holender” częściej dokował na ławce rezerwowych aniżeli żeglował po boisku. Problemy z mięśniami uniemożliwiały mu rozgrywanie pełnych spotkań, co skrzętnie wykorzystywali jego konkurenci, m.in.: Adebayor, Eduardo czy Chamakh. Jedno jednak było pewne – gdy van Persie był w pełni zdrowia i formy, wygryzienie go ze składu było niemalże niemożliwe.
Trzy najlepsze sezony w życiu rozegrał pod koniec swojej kariery w Arsenalu i zaraz na początku przygody z Manchesterem. Sezon 2010/2011 – 22 gole w 33 spotkaniach; sezon 2011/2012 – 37 bramek w 48 spotkaniach (dorzucił jeszcze 14 asyst); sezon 2012/2013 – 30 trafień w 48 meczach. Podczas ostatnich dwóch kampanii zdobył koronę Króla Strzelców.














