Wywalczył w barwach Piasta Gliwice historyczne mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski, stając się jednym z ulubieńców kibiców przy Okrzei. Dziś, mimo 39 lat na karku, nie myśli o zakończeniu piłkarskiej kariery. Słoweński obrońca Uroš Korun, mimo odniesionej niedawno kontuzji kolana, stara się jak najszybciej wrócić na boisko. Jak wspomina moment triumfu w PKO Ekstraklasie i jaka niesamowita anegdota wiąże się ze zdobyciem mistrzostwa? Zapraszam do lektury!
Korun spędził w Gliwicach pięć lat piłkarskiej kariery. W tym okresie reprezentował barwy Piasta w 132 spotkaniach PKO Ekstraklasy, zdobywając cztery bramki. Był częścią drużyny, która w sezonie 2015/2016 świętowała wicemistrzostwo Polski, a w kampanii rozgrywkowej 2018/2019 cieszyła się z tytułu mistrza kraju. Słoweniec po powrocie do ojczyzny nie myśli o piłkarskiej emeryturze. W ostatnich latach przeżywał drugą młodość, osiągając sukcesy na krajowym podwórku. Jak Uroš wspomina pobyt w Gliwicach? Jakie emocje towarzyszyły mu w momencie zdobywania mistrzostwa Polski? Czym będzie się zajmował po zakończeniu kariery? Z byłym zawodnikiem Piasta rozmawiał Dominik Michalski.
Dominik Michalski (iGol.pl): Uroš, przede wszystkim muszę zapytać o Twoje zdrowie. Widziałem, że jesteś w trakcie rehabilitacji po operacji. Co właściwie się stało?
Uroš Korun: Niestety zerwałem więzadło krzyżowe przednie (ACL). Wszystko zaczęło się w ostatnim meczu poprzedniego sezonu przeciwko NK Maribor. Poślizgnąłem się już w 30. minucie – czułem, że coś jest nie tak, ale zacisnąłem zęby i dograłem spotkanie do końca. Po sezonie mieliśmy dwa tygodnie wolnego. Podczas spotkania na podwórku u znajomego, gdzie z synami graliśmy rodzice przeciwko dzieciom, niefortunnie postawiłem stopę i wtedy diagnoza stała się faktem. Bardzo żałuję, że to wszystko potoczyło się w ten sposób, zwłaszcza że rehabilitacja po kontuzji ACL-a wymaga mnóstwa czasu i cierpliwości.
Czy po tej kontuzji zamierzasz wracać do gry? Jeśli tak, to kiedy?
Oczywiście, że tak! Wciąż czuję się młodym zawodnikiem (śmiech). Co ciekawe, w wieku 39 lat to moja pierwsza poważna kontuzja w życiu. Nigdy wcześniej niczego nie złamałem, nie zerwałem, a nawet drobne urazy mięśniowe rzadko mnie dręczyły. Obecnie mija trzy i pół miesiąca od operacji i wszystko idzie zgodnie z planem. Jestem na etapie intensywnych ćwiczeń na siłowni, a za około dwa tygodnie wracam do treningów biegowych. Myślę więc, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy znów wybiegnę na murawę.
Jak wygląda Twój status na rynku transferowym? Oficjalnie nie masz kontraktu.
Moja sytuacja jest dość specyficzna. Po wygaśnięciu kontraktu z NK Aluminij byłem bliski dołączenia do Taboru Sežana – klubu z 2. ligi, który ma chrapkę na awans do słoweńskiej ekstraklasy. Spotkaliśmy się w czwartek, umowę mieliśmy podpisać w poniedziałek… a w niedzielę pechowo odniosłem kontuzję. Formalnie jestem więc wolnym zawodnikiem, ale emocjonalnie już czuję się częścią Taboru. Znam się dobrze z prezydentem klubu, zresztą reprezentowałem już kiedyś barwy tego zespołu. Na powrót do gry muszę jeszcze poczekać, ale cieszę się, że mogłem pomóc im w letnich transferach.
To jednak nie tylko walka o powrót dla samego siebie. Mój syn gra w piłkę i po raz pierwszy widział mnie kontuzjowanego. Chcę mu udowodnić, że kontuzja to nie koniec świata, a prawdziwa siła tkwi w umiejętności podnoszenia się po najtrudniejszych chwilach.
Jedna rzecz jest niesamowita: masz prawie 40 lat, a wiek w ogóle nie przeszkadza Ci w regularnej grze. W barwach NK Aluminij Kidričevo zdobyłeś w poprzednim sezonie puchar kraju. Jaki jest Twój przepis na utrzymanie tak świetnej formy?
Szczerze? Sam nie wiem (śmiech). Może to kwestia profesjonalnego podejścia, które towarzyszyło mi przez całą karierę. Zawsze dbałem o sen, dietę i odpowiedni trening. Bez tego nie da się utrzymać zdrowia na takim poziomie. Na pewno swoje robi też genetyka. Mój tata ma 65 lat i wciąż hobbystycznie gra w piłkę! Zdrowie mu dopisuje i mam ogromną nadzieję, że u mnie w tym wieku będzie dokładnie tak samo.
Zapytam o Twój czas w Piaście Gliwice. Odchodząc z klubu, mówiłeś, że to najwspanialsze lata Twojej kariery. Po latach wciąż podtrzymujesz te słowa?
Absolutnie tak. To były najpiękniejsze lata mojej kariery. Zarówno sportowo, jak i prywatnie. W Polsce po raz pierwszy poczułem się jak w pełni profesjonalnym środowisku piłkarskim. Owszem, w Słowenii też mamy oddanych kibiców, ale Polska to zupełnie inna skala: pełne trybuny, wspaniałe oprawy i olbrzymie zainteresowanie piłką. Do tego dochodziły codzienne sytuacje, jak chociażby prośby o wspólne zdjęcie podczas wyjścia na miasto. Gliwice skradły moje serce także dzięki niesamowitej szatni. Tworzyliśmy tam ekipę, która do dziś budzi uśmiech na mojej twarzy.
Wspomniałeś o różnicach w otoczce meczowej między Polską a Słowenią. Ostatnio natrafiłem na materiał polskiego twórcy internetowego, który odwiedził stadion NK Radomlje, grającego w słoweńskiej Prvej Lidze. Prawdziwym szokiem była dla niego garstka ludzi na trybunach.
Tak się składa, że widziałem ten materiał, a co więcej… spotkałem nawet go na żywo! Co ciekawe, mieszkam zaledwie 500 metrów od stadionu NK Radomlje. Kontrast między wielkimi derbami w stylu Olimpiji Lublana z Mariborem a pustymi trybunami na mniej interesujących meczach w Słowenii bywa bolesny. Rozmawiałem z kolegą ze stacji telewizyjnej, który analizował statystyki: Słoweńcy chętnie oglądają piłkę w telewizji, ale rzadko przychodzą na stadion. Brakuje tu takiej kultury kibicowania i przyzwyczajeń jak w Polsce. W PKO Ekstraklasie puste trybuny na co dzień po prostu by nie przeszły.
Polska była jedynym zagranicznym krajem w Twojej karierze i chyba to się już nie zmieni. Jak wspominasz tamte lata i za co szczególnie ceniłeś nasz kraj?
Pobyt w Polsce wspominam fantastycznie, chociaż początki nie były łatwe. W Polsce trzeba zasłużyć na zaufanie i akceptację ludzi. To nie przychodzi z dnia na dzień. Ale kiedy już udowodnisz swoją wartość na boisku, stajesz się jednym z nich. Czułem się tam jak u siebie w domu. Co więcej, w Gliwicach urodził się mój syn. Kiedy spędzasz w jednym mieście pięć lat, ono staje się częścią twojego życia. Do dziś wracamy tam całą rodziną co roku. Oczywiście w adaptacji bardzo pomogły nam wyniki drużyny. Kiedy idzie dobrze, cała społeczność sprawia, że czujesz się tu po prostu jak w rodzinie.
Pochodzisz ze Słowenii, która kulturowo jest zbliżona do Polski, ale może zauważyłeś po przyjeździe jakieś różnice w życiu codziennym? Co od razu rzuciło się w oczy?
W życiu nie przypuszczałem, że Polska jest tak wielka! Gdy przejedziesz w Słowenii 100 kilometrów, znajdujesz się praktycznie w innej części kraju. W Polsce wyjazdy na mecze, np. do Szczecina, Gdyni czy Gdańska były wykańczające. Droga do Szczecina zajęła nam kiedyś aż 13 godzin w jedną stronę.
Czym te dwa kraje różnią się pod kątem piłkarskim?
Jeśli chodzi o stronę piłkarską, w Polsce ceni się rodzimych zawodników. Obcokrajowiec musi na swoje uznanie ciężko zapracować i uważać to trzeba za zdrowe podejście. Kluby powinny dbać o swoich piłkarzy i dawać im szansę. Tym bardziej jestem dumny, że jako stranieri zdobyłem to zaufanie i przez lata czułem się w Gliwicach jak swój.
Niedawno rozmawiałem na ten temat z Alexisem Norambueną, który doszedł do dokładnie takich samych wniosków. Opowiadał, że Michał Probierz wprost zakomunikował mu, że jeśli ma grać w pierwszym składzie, musi być po prostu lepszy od Polaków.
W pełni się z tym zgadzam! W Słowenii wygląda to często zupełnie odwrotnie. Zawodnik z zagranicy z automatu urasta do rangi gwiazdy. A na taki status trzeba zapracować na boisku, a nie dostać go w prezencie. Przez takie podejście wielu zdolnych Słoweńców w rodzimej lidze traci szansę na rozwój.
Grałeś w Piaście w czasach, gdy uchodził za solidną markę w polskiej ekstraklasie. Potem klub na chwilę zniknął z walki o najwyższe cele, ale teraz znów wraca do czołówki. Śledzisz wyniki drużyny z Gliwic?
Oczywiście, że tak! Ostatnio zremisowali 1:1 z Górnikiem Zabrze. Ten mecz oglądałem zresztą ze szczególnymi emocjami ze względu na mojego dobrego przyjaciela Erika Janžę, który jest kapitanem Górnika. Graliśmy razem w NK Domžale i do dziś mamy świetny kontakt.
Co do Piasta, to choć poprzedni sezon nie był udany, teraz prezentują się bardzo solidnie. W zeszłym roku zażartowałem nawet w rozmowie z kimś z klubu, że słabo im idzie, bo nie mają w składzie żadnego zawodnika z Bałkanów. No i co? Podpisali kontrakt ze słoweńskim bramkarzem i od razu poszli w górę tabeli! Może coś w tym jednak jest, że w każdej szatni przyda się bałkański charakter (śmiech).
Byłeś kluczowym elementem defensywy Piasta, który odnosił największe sukcesy w historii. Gdzie tkwiło źródło tego sukcesu? W szatni, w osobie trenera Waldemara Fornalika, a może w czystej jakości piłkarskiej?
To była idealna mieszanka wszystkiego. Oczywiście rola trenera jest kluczowa, bo ktoś musi tym wszystkim mądrze zarządzać. Muszę jednak szczerze przyznać: szatnia tamtego Piasta była najlepszą, w jakiej w życiu byłem. Mimo dużej liczby obcokrajowców, świetnie dogadywaliśmy się zarówno między sobą, jak i z polskimi piłkarzami. Tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Od zawodników przez sztab, aż po dział marketingu. Na treningi szedłem z autentyczną radością.
Skoro wspomniałeś o trenerze Fornaliku, to człowiek będący prawdziwym liderem, radzący sobie w kryzysach. Jak go wspominam? Był bardzo surowy i trzymał powagę niemal przez cały czas. Trener podchodził do pracy z niesamowitą skrupulatnością i w tym tkwił sukces. Skupienie, absolutny profesjonalizm i świetna grupa ludzi, która wierzyła w zwycięstwo w każdym pojedynku. Przez te wszystkie lata widziałem trenera rozluźnionego chyba tylko dwa razy, w tym raz w trakcie świętowania mistrzostwa.

Kto w tamtej drużynie był liderem na boisku, a kto trzymał szatnię pod kątem mentalnym?
Trudno wskazać jedną osobę, bo byliśmy niesamowicie zgranym kolektywem. W szatni rządzili m.in. Gerard Badia, Kuba Czerwiński, Tom Hateley czy Mikkel Kirkeskov. Chłopacy, którzy inicjowali wspólne wyjścia i budowali fantastyczną atmosferę. Bezapelacyjnym numerem jeden pod względem pozytywnej energii był jednak Badia. To człowiek-instytucja z niesamowitą aurą wokół siebie. Na boisku z kolei liderem zostaje ten, kto akurat znajduje się w życiowej formie. Wtedy był to Joel Valencia, który po prostu wyróżniał się na tle całej ligi. Wiem, że wciąż mieszka w Polsce, choć już nie gra zawodowo.
Czerwiński, Plach, Felix – to zawodnicy, którzy świętowali z Tobą tytuł i do dziś stanowią kręgosłup Piasta. Ty spędziłeś w klubie pięć lat. Co takiego ma w sobie to miejsce, że piłkarze zostają tam na tak długo?
Właśnie tę wyjątkową, rodzinną atmosferę. Mimo że minęło tyle czasu, wciąż mam kontakt z chłopakami z drużyny. Niedawno rozmawiałem z Gerardem Badią. Kiedy tylko mogę, oglądam mecze Piasta i pojawiam się na stadionie.
Druga sprawa to same Gliwice. To fantastyczne miasto do życia z rodziną. Restauracje, mnóstwo miejsc dla dzieci, a do tego doskonała lokalizacja blisko Krakowa czy Wrocławia. Wiele dużych miast w Polsce nie oferuje takiego komfortu życia. Kiedy trafiasz do takiej piłkarskiej rodziny w tak przyjaznym miejscu, po prostu nie chcesz odchodzić.
Czy przystępując do sezonów 2015/2016 oraz 2018/2019, czuliście w szatni, że to będzie ten moment, w którym namieszacie w tabeli?
W sezonie 2015/2016 byliśmy absolutnym zespołem zagadką. Zawodnicy zjechali się z różnych stron świata – Czech, Słowacji, Słowenii – i sami byliśmy zaskoczeni, jak rewelacyjnie to zafunkcjonowało pod wodzą trenera Látala. Kiedy wygrywasz mecz za meczem, buduje się atmosfera, która niesie cię przez całe rozgrywki.
Jeśli chodzi o sezon, w którym zostaliśmy mistrzami, to wiąże się z nim ciekawa historia. Pewnego razu wraz z Badią, Hateley’em, Sedlarem i Valencią wybraliśmy się na miasto z naszymi żonami i dziewczynami. To była mniej więcej połowa sezonu i żartowaliśmy wtedy, że jak wygramy ligę, to po sezonie pojedziemy pobawić się na Ibizę na trzy dni. Wtedy rzeczywiście mieliśmy z tego niezły ubaw, bo w lidze byliśmy chyba na miejscu 9. albo 10. (śmiech). Śmialiśmy się z tego z miesiąca na miesiąc, a drużyna pięła się w tabeli. Najpierw 7. miejsce, potem 4., w końcu 2. Pamiętam, że po meczu z Legią, gdy byliśmy wiceliderem, faktycznie zarezerwowaliśmy loty.
Po gali w Warszawie i fetowaniu z trenerem Fornalikiem wsiedliśmy w samolot. To były najlepsze trzy dni w moim życiu (śmiech)! To dowód na to, że czasem żart staje się rzeczywistością, ale nic z tego by nie było, gdyby nie twardy charakter i konsekwencja całego zespołu.
Jakie to uczucie zdobyć z klubem historyczne mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski? Jak wyglądała feta w Gliwicach?
Przede wszystkim to ogromna duma i poczucie, że zrobiliśmy coś wielkiego dla miasta. Wiadomo, Gliwice to nie Warszawa czy Poznań, nie ma tam grupy kibiców liczonej w tysiącach, ale dla lokalnej społeczności to było wielkie wydarzenie. Wspaniale było czuć się częścią tego sukcesu i widzieć wszędzie wokół uśmiechnięte, znajome twarze.
Odszedłeś z Gliwic po wygaśnięciu kontraktu. Klub nie chciał przedłużenia umowy czy to był Twój świadomy moment na powrót do Słowenii?
Miałem wtedy 33 lata. Klub proponował mi roczny kontrakt, ale grając za granicą, musisz patrzeć perspektywicznie. Moja córka miała wkrótce pójść do szkoły, a pozostanie w Polsce wiązałoby się z kolejnymi życiowymi wyzwaniami. Chciałem, żeby czuła się komfortowo, dlatego podjąłem decyzję o powrocie do Słowenii. Gdybym był sam, pewnie zostałbym w Piaście na kolejny rok. Ale z rodziną myślisz inaczej. Choć paradoksalnie dla nich wyjazd z Gliwic był trudniejszy niż dla mnie. Żona bardzo liczyła, że zostaniemy na dłużej. Aklimatyzacja w Słowenii po powrocie nie była łatwa, ale dziś wiem, że to była dobra decyzja w odpowiednim czasie.

Po odejściu z Piasta przeżywałeś drugą młodość. Dwa Puchary Słowenii, solidna dyspozycja w silnych zespołach. Wielu Twoich kolegów, z którymi świętowałeś mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski zawiesiło już buty na kołku, a Ty wciąż odnosisz sukcesy. Piłka nadal sprawia Ci tyle radości, że trudno powiedzieć „pass”?
Dokładnie tak! Wciąż czuję się młody, a futbol z roku na rok sprawia mi coraz większą frajdę. Trudno to wytłumaczyć, ale na treningi chodzę z taką samą energią jak kiedyś i nie mam problemów z utrzymaniem formy. Wiadomo, że obecna kontuzja to dla mnie nowość i spora próba charakteru, ale nie rezygnuję z gry.
Jaki masz plan na życie po zakończeniu piłkarskiej kariery?
Skupiam się w stu procentach na powrocie na boisko. O końcu kariery na razie nie myślę. Kocham piłkę nożną i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Rozmawiałem z prezesem NK Tabor, że wrócę na boisko chociażby na jeden mecz, a co będzie dalej, czas pokaże. Wiem jedno, gdy już przyjdzie moment na zakończenie kariery, na pewno zostanę przy futbolu, bo dał mi on w życiu niesamowicie dużo.
Uroš, dziękuję za poświęcony czas i życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia!
Dziękuję za pamięć i pozdrawiam czytelników!











