Liverpool liczył na kolejne zwycięstwo w Lidze Europy. Mając jednak za przeciwnika włoskie Udinese, wydaje się, że łatwiej powiedzieć, ale trudniej zrobić. Boisko zweryfikowało plany obu ambitnych zespołów.
Obie drużyny podeszły do tego meczu z odpowiednią motywacją i przygotowaniem, zarówno technicznym, jak i motorycznym. Pierwsze minuty spotkania upłynęły pod znakiem wyczuwania przeciwnika, gra toczyła się w środku pola, nikt nie chciał być tym pierwszym, który zapędzi się pod pole karne rywala. Od pierwszych minut bardzo aktywny był Shelvey, który biegał, podawał i strzelał, choć niecelnie lub w obrońców. Po drugiej stronie szalał Antonio Di Natale, który swoimi niesygnalizowanymi strzałami i zadziornością próbował napędzić stracha defensorom drużyny z miasta Beatlesów.

Liverpool przeważał, ale nie potrafił udokumentować swojej przewagi bramkami. Borini się starał, ale jego strzały były mocno niecelne. W 19. minucie lekko poturbowany został Faraoni po stronie Udinese, ale po chwili udało mu się wrócić na boisko, lekko utykając. Nie można jednak obwiniać kontuzji zawodnika za stratę gola, która nastąpiła cztery minuty później. Doskonale zagrał Downing, na którego dokładne podania zawsze można liczyć, i Shelvey nie miał problemu z umieszczeniem piłki w bramce. Liverpool wygrywa 1:0!
Do końca pierwszej połowy nie działo się nic ciekawego. Parę niecelnych strzałów po obu stronach, dalsza dobra gra Shelveya, który jednak kolejnej bramki nie strzelił, przynajmniej na razie. Dobrą połowę rozegrał Di Natale, po którego rzucie rożnym sędzia zakończył pierwszą odsłonę meczu.
Na drugą połowę Udinese wyszło z jednym nowym zawodnikiem. Miejsce Armero zajął Lazzari, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Mecz na dobre się jeszcze ponownie nie rozpoczął, a tu niespodzianka w postaci wyrównującego gola. Piłkarze Liverpoolu chyba nieco usnęli, co skrzętnie wykorzystał będący w bardzo dobrej formie lis pola karnego Antonio Di Natale. Po doskonałym podaniu Lazzariego nie pozostało nic innego, jak skierować piłkę do bramki Pepe Reiny i świętować strzelonego gola.
Strzelenie bramki dało wiele nowych sił zawodnikom Udinese i jednocześnie zdeprymowało Liverpool, który zaczął grać nieskładnie i panikować, za to włoscy piłkarze czuli się coraz lepiej i atakowali coraz odważniej. Kolejnych kilka okazji miał strzelec bramki Di Natale, poza tym świetnie w grę wchodzili Pinzi i Mazzari, ale wynik wciąż się nie zmieniał.
Wtem przyszła 70. minuta, która dla Liverpoolu okazała się wybitnie nieszczęśliwa. Nieudana interwencja Coatesa sprawiła, że piłka znalazła się w bramce jego drużyny, co oznaczało nie tylko gola samobójczego, ale i utratę prowadzenia w tym jakże ważnym meczu. Myli się ten, kto uważa, że strata bramki była impulsem, który tchnął nowe życie w skostniały zespół z Anfield Road. Włosi byli na fali, ogrywali Anglików jak chcieli i w 77. minucie dopełnili dzieła zniszczenia. Strzelcem trzeciej bramki został Pasquale, a asystował fantastyczny Di Natale.











