W Polsce każdy trener prędzej czy później pada ofiarą własnego sukcesu. Stara śpiewka, doskonale nam znana. Od kilku lat co wiosnę obserwujemy paniczny lęk niektórych szkoleniowców przed zajęciem wysokiego miejsca w tabeli. Nikt tego głośno oczywiście nie powie, lecz czasem po prostu lepiej zostać kilka schodków niżej, niż wdrapywać się na sam szczyt. Po co przecież sobie dorzucać dodatkowych problemów? Chore myślenie? Tak, ale w Polsce konieczne. Osiągnąłeś dobry wynik? Super! Teraz radź sobie sam. Spójrzmy na kilka przykładów.
Jacek Zieliński (Lech Poznań)
Zwolniony w trakcie pucharów
Pamiętacie? Najpierw zdobyty, długo oczekiwany w Poznaniu „majster”. Potem porażka w eliminacjach do Ligi Mistrzów, lecz w kontekście utraty m.in. Roberta Lewandowskiego dość mocno wkalkulowana. Następnie sympatyczny awans do fazy grupowej Ligi Europy, a tam? Fenomenalne pojedynki z Juventusem i Salzburgiem. Niestety, reszty Zielińskiemu już nie dano zasmakować, ponieważ zwolniono go w związku ze słabymi wynikami w lidze. Jackowi Rutkowskiemu zaś wkrótce wymarzył się Jose Maria Bakero.
Obecny szkoleniowiec Cracovii wyznaczył pewien trend. Jak mało kto obnażył niemoc, z jaką przychodzi polskim klubom dzielić ligę i puchary. Wtedy jeszcze wielu z nas sądziło, że problem leży gdzieś indziej, a winny jest przede wszystkim trener. Dziś, z perspektywy czasu chyba nikt nie ma wątpliwości, że w Poznaniu działacze poszli na łatwiznę. Jeśli natomiast ktoś sądzi, że znakomity wynik z Manchesterem City to efekt cudownego dotyku Bakero, współczujemy. Zieliński zapłacił za problem, na który do dnia dzisiejszego praktycznie nikt w Polsce nie znalazł rozwiązania (no, może Legia Berga, ale to na krótką metę i z efektem ubocznym).
Orest Lenczyk (Śląsk Wrocław)
Zwolniony tuż po pucharach
Ofiarą własnego sukcesu padł również Orest Lenczyk zwolniony tuż po odpadnięciu z europejskich pucharów. Zanim jednak do tego doszło, doświadczony szkoleniowiec zdołał w ciągu dwóch sezonów zdobyć dla Wrocławia dwa medale. Najpierw za wicemistrzostwo, rok później już za zwycięstwo w lidze. Mało? Owszem, włodarze uznali, że kryzys, jaki dopadł drużynę, wynika wyłącznie z nieodpowiedzialności trenera. Przecież wszystko znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Z transferami Patejuka czy Grodzickiego nic tylko brnąć na podbój Europy.
Gdy w szatni zaczęło dochodzić do konfliktów i patologicznych sytuacji, szkoleniowiec nie miał gdzie szukać wsparcia. W końcu łatwiej i oczywiście taniej wywalić trenera niż piłkarza. Nawet gdy ten ostatni okazuje się patologicznym elementem funkcjonującym w naszej ekstraklasie, którego jedynym osiągnięciem jest zbluzganie szkoleniowca. Nie, takich zawsze lepiej zostawić, łudząc się, że przy innym trenerze potulnie jak baranek zmieni swoje postępowanie.
Kompromitacja wrocławskich działaczy rozpoczęła tylko kilkuletni epizod niezrozumiałych decyzji i kolejnych sterników, z których każdy (Levy, Pawłowski, Szukiełowicz) na koniec wzbudzał raczej politowanie niż respekt.











