To już pewne. Lada dzień operacja pod tytułem: powrót Torresa do Madrytu zostanie zakończona. Hiszpan wróci więc do miejsca, gdzie rozpoczęła się jego wędrówka na szczyt. Wędrówka, która była pełna wzlotów i upadków.
Kilka dni temu, gdy po raz pierwszy pojawiła się informacja, że „El Nino” może z powrotem być graczem „Rojiblancos”, wielu nie brało jej na poważnie. Być może spowodowane było to tym, że mamy taki, a nie inny okres i jak grzyby na deszczu będą się pojawiać kolejne plotki transferowe. Większość z nich będzie miało tyle wspólnego z rzeczywistością, ile wspomnienia Janusza Wójcika w wydanej niedawno książce.
W sobotę mieliśmy jednak przełom i zostało zawarte porozumienie pomiędzy oboma klubami. Na jego mocy Torres na 18 miesięcy zostanie graczem Atletico na zasadzie wypożyczenia, a w odwrotnym kierunku, tyle że na takich samych zasadach, do Mediolanu przeniesie się Alessio Cerci. Całość ma zostać zamknięta na początku stycznia, gdy były napastnik Liverpoolu czy Chelsea oficjalnie zostanie graczem Milanu.
Z Madrytu wyruszył w świat
Kiedy w 2007 roku postanowił, że swoją karierę będzie kontynuował już poza Madrytem, a przede wszystkim poza Hiszpanią, mógł o sobie pomyśleć, że jest niemal legendą zespołu z Vicente Calderon. To on kilka lat wcześniej przebojem wdzierając się do podstawowego składu, pozwolił kibicom marzyć, że niebawem wrócą wielkie chwile dla tego klubu.
I rzeczywiście, przez ten okres rozkochał w sobie fanów niemal do czerwoności. Z miejsca stał się liderem zespołu, każdy sezon kończąc z pokaźnym dorobkiem bramkowym. Ostatecznie zamknął swój licznik na 75 bramkach, co dało mu niemal 15 ligowych trafień na sezon i pozwoliło osiąść na dziewiątym miejscu w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii klubu.
Nie można przy tym zapominać o jeszcze jednym, bardzo ważnym fakcie. To właśnie „El Nino” zapoczątkował powstanie wielkiej fabryki napastników Atletico, która aż do tej pory zachwyca cały piłkarski świat. To jego następcami byli kolejno Aguero, Forlan, Falcao czy Diego Costa. Każdy z nich, podobnie jak Torres, zapewniał określoną, niemałą liczbę trafień i każdy za porządny zastrzyk finansowy przenosił się do innego klubu.
Nie każda podróż była usłana różami
Gdy podpisał kontakt z Liverpoolem, wydawało się, że sięgnął nieba. Nie można przecież pominąć historii, jaka przydarzyła mu się podczas Euro 2008. To właśnie on zdobył jedyną bramkę podczas finałowego starcia z Niemcami i to właśnie jemu Zbigniew Boniek poświęcił takie oto zdanie: Czego mu więcej potrzeba? Jest młody, ładny, dużo zarabia, a przede wszystkim zdobył bramkę, która daje Hiszpanom mistrzostwo Europy”.
Również początek przygody z zespołem „The Reds” był niemal idealny. Hiszpan strzelał bramkę za bramką i każdy obrońca Premier League miał nocne koszmary, gdy dowiadywał się, że za kilka godzin będzie próbował powstrzymać tego napastnika.
Kolejne transfery Torresa to już jednak jedno wielkie nieporozumienie. Zarówno podczas przygody z Chelsea, której towarzyszyły niewiarygodne pieniądze, jakie otrzymał Liverpool, jak i niedawnej z Milanem był cieniem samego siebie. Wówczas nie mówiono już o jego kolejnych efektownych trafieniach, głównie z tego powodu, że nic takiego nie miało miejsca.












