Throwback Thursday: Polacy na ME 2008. Smolarek, Boruc i Roker Perejro


2 czerwca 2016 Throwback Thursday: Polacy na ME 2008. Smolarek, Boruc i Roker Perejro
Lagaleriadelfutbol.blogspot.com

Do rozpoczęcia zmagań Lewandowskiego i spółki na Euro 2016 pozostały już tylko dwa czwartki, a więc dwa odcinki cyklu Throwback Thursday. To dobry moment, aby przypomnieć sobie nasze dwa nieudane starty na europejskim czempionacie. Zaczynamy od Austrii i Szwajcarii. Wspaniałe eliminacje, Howard Webb i powrót na tarczy.


Udostępnij na Udostępnij na

Zaczęło się od mundialu w Niemczech w 2006. „Gdzie jest Dudek, gdzie jest Frankowski?!” – krzyczeli kibice po powołaniach Pawła Janasa. Nasi reprezentanci nie wyszli z grupy, a selekcjoner nie miał poparcia wśród fanów, co razem musiało poskutkować zmianą na gorącym stołku. Ten zajął szkoleniowiec wybitnie doświadczony – Holender Leo Benhakker, który triumfy święcił m.in. w Realu Madryt.

Eliminacje: złe dobrego początki i legendarne mecze z Portugalią

Zaczęło się we wrześniu 2006 roku od przegranej 1:3 z Finlandią w dokładnie takim samym stylu, w jakim przegrywaliśmy na mistrzostwach świata. A może nawet gorszym. W dwóch kolejnych meczach zremisowaliśmy z Serbią (gol Matusiaka) oraz ledwo wygraliśmy z Kazachstanem. Wyniki nie napawały optymizmem, aż do rozgrywki z Portugalią.

To spotkanie nigdy nie zostanie zapomniane. Skazywani przez wszystkich na porażkę, cztery dni po wygranej po golu Smolarka z Kazachami pokonaliśmy Portugalczyków za sprawą tego samego piłkarza. Ebi, niczym jego śp. ojciec Włodzimierz w 1986 roku, załatwił nam zwycięstwo w arcyważnym starciu ze spadkobiercami Eusebio. Nie minęło 20 minut, a protoplasta polskiej szkoły w Borussii Dortmund dwa razy ukłuł Ricardo. Nuno Gomes zdołał odpowiedzieć jednym trafieniem w doliczonym czasie gry i sędzia gwizdnął po raz ostatni. Coś dla młodszych kibiców: zobaczcie, jak Smolarek i spółka byli lepsi od Ronaldo, Deco i innych sław. Nieco starsi na pewno pamiętają.

Przegraliśmy dopiero osiem miesięcy później, z Armenią w Erewaniu w czerwcu 2007 roku. We wrześniu przyszedł czas na kolejny horror z Portugalią, zakończony remisem 2:2 po golach Krzynówka i Bronowickiego. Tego meczu również nie zapomnimy, podobnie jak tego, który dał nam awans na turniej. Przedostatnie spotkanie eliminacji, mierzyliśmy się z Belgią w Chorzowie, cały czas czując na sobie oddech Serbów, z którymi mieliśmy walczyć w ostatniej batalii. Dzięki dwóm bramkom największej gwiazdy eliminacji – Ebiego Smolarka – odprawiliśmy „Czerwone Diabły” z kwitkiem i zapewniliśmy sobie pierwszy w historii awans na mistrzostwa Europy. To był 17 listopada 2007 roku – od tego czasu minęło już niemal dziewięć lat. Przez eliminacje przeprowadzi was Dariusz Szpakowski.

Jak co dwa lata – balonik napompowany krótkowzrocznością

Wygraliśmy grupę eliminacyjną A z 28 punktami na koncie po 14 spotkaniach. Za naszymi plecami uplasowali się Portugalczycy, którzy remisowali mecze na potęgę, ale przede wszystkim zdobyli tylko jeden punkt w dwumeczu z podopiecznymi Beenhakkera. Autorzy tego sukcesu? To nie były czasy, kiedy jeden z piłkarzy przerastał o głowę całą resztę, tak jak dzisiaj Lewandowski. Mieliśmy team.

A w tym teamie najważniejsze funkcje spełniali absolutni pewniacy holenderskiego obieżyświata. Boruc na bramce, w obronie kapitan Bąk, Żewłakow, Bronowicki i Wasilewski, w linii pomocy Lewandowski, Krzynówek, Łobodziński i Dudka, w ataku Żurawski ze Smolarkiem. Do nich dołączali Murawski, Matusiak, Sobolewski, Błaszczykowski czy Jop. Liderów zawsze było jedenastu, co stanowiło zdecydowanie największą siłę zespołu.

„Na Euro jedziemy po złoto” – taki nagłówek można było przeczytać w jednym z najchętniej czytanych serwisów internetowych. O pompowaniu balonika mówi się dzisiaj, jednak osiem lat temu poziom był nieporównywalnie wyższy. Szał na kadrę – olbrzymi. Pokonaliśmy Portugalię? Pokonamy każdego. Krótkowzroczność to choroba narodowa.

Radość Polaków po golu Macieja Żurawskiego w meczu z Armenią w Kielcach (fot. Commons.wikimedia.org)
Radość Polaków po golu Macieja Żurawskiego w meczu z Armenią w Kielcach (fot. Commons.wikimedia.org)

Mecz otwarcia. Samobóje Podolskiego

Losowanie nie było dla nas pomyśle. Grupa z mocnymi jak zawsze Niemcami, gospodarzami Austriakami i nieobliczalnymi Chorwatami – piekielnie trudna, ale cztery punkty znajdowały się w naszym zasięgu. Austria nie była lepszym zespołem, a Chorwacja, choć mogła chełpić się skarceniem Anglików i zabraniem im biletów na turniej, była zespołem o podobnym potencjale.

Terminarz również nam nie sprzyjał. Może gdybyśmy rozpoczęli Euro od starcia z Austrią, wyglądałoby to nieco inaczej, jednak na pierwszy ogień poszli Niemcy. A właściwie poszliśmy my. Nasi zachodni sąsiedzi nie naharowali się ponad stan, aby po dwóch bramkach Podolskiego pokonać nas 2:0 i sprawić, że po raz kolejny rozpoczęliśmy znany już z historii polskiej piłki nożnej cykl: mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor.

A Podolski wcale nie skakał z radości po bramkach.

 

Mecz o wszystko. Howard Webb wrogiem narodowym

Następni w kolejce czekali Austriacy, z którymi mieliśmy zmierzyć się 12 czerwca na Ernst Happel Stadion w Wiedniu. Pamiętacie jeszcze, jak Howard Webb został wrogiem narodowym wszystkich Polaków? Od początku. To był mecz o wszystko, a gospodarze wcale nie chcieli ułatwić nam zadania, uprzednio przegrawszy 0:1 z Chorwacją. W pierwszym składzie Polski znalazł się Roger Guerreiro – Brazylijczyk z polskim paszportem, który w eliminacjach nie grał wcale, a miejsce w kadrze zabrał Bronowickiemu lub Matusiakowi, będącemu drugim najskuteczniejszym strzelcem eliminacji.

To właśnie legionista wysunął nas na prowadzenie po 30 minutach. Do ostatnich sekund mieliśmy zwycięstwo w kieszeni, jednak właśnie wtedy Howard Webb podyktował „jedenastkę” dla austriackiego zespołu, którą na bramkę zamienił Ivica Vastić. Wokół angielskiego arbitra na wiele miesięcy zrobił się nieprawdopodobny szum: zarówno według fanów, jak i wielu ekspertów oraz nawet polityków (Tuska i Lecha Kaczyńskiego nie wyłączając) karnego być nie powinno, a wszystko to jeden wielki układ, aby wspierać gospodarzy. Oceńcie sami, ale nie zapomnijcie spojrzeć na linię spalonego przy golu Rogera.

Mecz o honor. Roker Perejro i Artur Borubar

W ostatnim spotkaniu mierzyliśmy się z Chorwacją i nie mieliśmy szans na zwycięstwo. Drużyna Slavena Bilicia miała na koncie sześć punktów i dumna stawała w szranki z piłkarzami, którzy psychicznie nie byliby gotowi do starcia z San Marino. Medialny szum przed turniejem udzielał się również graczom, wierzyli oni, że może się udać. Dwa policzki w dwóch pierwszych meczach spuściły z ich prywatnych baloników całe powietrze.

Przegraliśmy 0:1 po golu Ivana Klasnicia i po fazie grupowej pożegnaliśmy się z europejskim czempionatem. Najlepszy piłkarz: bezsprzecznie Artur Boruc, bez którego walczylibyśmy o rekord największej liczby straconych bramek w historii turniejów międzynarodowych. Największy zawód: wszyscy inni piłkarze. Odstawali od rywali technicznie, po kilku dobrych akcjach przeciwnika kolana uginały się pod nogami, jakaś psychiczna bariera blokowała tak widoczne w eliminacjach zaangażowanie.

Dla prezydenta najlepszymi zawodnikami byli…

Mimo wszystko nastroje w kraju nie były tak złe, jak można by się tego spodziewać. Niewielu chciało zwolnienia Beenhakkera, przecież sam awans był niewyobrażalnym, bo nigdy wcześniej nieosiągniętym sukcesem. Na Euro stanowiliśmy grupę debiutantów, pierwsze przetarcie przed turniejem organizowanym cztery lata później na boiskach nad Wisłą.

Co nie wypaliło? Przede wszystkim właśnie nieprzystosowanie do gry na najwyższych obrotach i wyłącznie przeciwko mocnym zespołom. Eliminacje to coś zupełnie innego – punkty zdobywane przeciw kelnerom z Armenii czy Azerbejdżanu cieszą, ale nie przygotowują do stresu, który wiąże się z walką o być albo nie być w Europie. Pamiętajcie o tym i dzisiaj – za chwilę zaczynamy kolejne zmagania na europejskiej arenie, i naprawdę lepiej jest, abyśmy oczekiwali mniej niż więcej. Więcej mają oczekiwać piłkarze. My możemy tylko trzymać kciuki.

W ostatnim odcinku Throwback Thursday opowiadałem nieskończoną jeszcze historię Adela Taarabta.

Komentarze
Śledzik (gość) - 6 lat temu

Piękne wspomnienia! Meczu z Portugalią nigdy nie zapomnę

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze