Po wygranej Realu Madryt nad Realem Sociedad jedna z hiszpańskich gazet napisała, że właśnie w taki sposób wygrywa się ligę. Nie na Camp Nou, nie na Mestalla – na Anoeta, El Molinon czy El Sardinero. Sobotnia porażka Barcelony na Alfonso Perez w ostatecznym rozrachunku może okazać się decydująca.
Wczorajszy mecz był ciekawy z wielu powodów, większość z nich wymieni wam każdy kibic Realu, ja zajmę się tym, który mógł opijającym dziś w nocy pewny ich zdaniem mistrzowski tytuł fanom „Los Blancos” umknąć. Zanim go podam, krótkie przypomnienie. Barcelona straciła w tym sezonie ligowe punkty pięć razy, czterokrotnie remisując i raz przegrywając. Remis 2:2 z Realem Sociedad był prawdopodobnie najlepszym meczem „Txuri-Urdin” od dobrych kilku lat. Remis 2:2 z Valencią był pokazem mocy Valencii, która była stroną minimalnie lepszą. Podobnie podział punktów z Athletikiem – „Duma Katalonii” była od baskijskiego rywala wyraźnie słabsza. Bezbramkowe spotkanie z Sevillą było chyba najlepszym popisem formacji defensywnej w Primera Division od dobrych kilku miesięcy. Do czego zmierzam? Cztery remisy były wynikiem nie tylko marnej Barcelony, ale też przede wszystkim genialnej dyspozycji drużyny przeciwnej. W starciu z Getafe było inaczej. Getafe zagrało przeciętnie. Getafe dostało mecz na tacy. Drużyna Luisa Garcii w tym sezonie, nawet w spotkaniach ostatecznie przegranych, grywała znacznie lepiej.
W sobotni wieczór Coliseum Alfonso Perez było świadkiem widowiska, którego tematem przewodnim była chyba chęć pokazania Realowi Madryt, że Gran Derbi nie będzie takie straszne. Barcelona wyszła na podmiejski stadion w całkiem dobrym, jak się wydawało, ustawieniu. Czteroosobowy blok obrony szybko przechodził w system z trzema defensorami. Xavi grał głęboko cofnięty, robiąc miejsce bardziej ruchliwym kolegom. Z Milanem, w nieco innym składzie osobowym, takie coś działało co najmniej przyzwoicie. Pierwsze minuty meczu z Getafe były obiecujące. Czas mijał, goście atakowali i wydawało się, że gole wiszą w powietrzu. Minęła pierwsza połowa, a gole ciągle wisiały i za nic w świecie nie chciały spaść na ziemię i znaleźć drogi do bramki strzeżonej przez Moyę.
Wyraźnie widoczny był ten problem, który od kilku lat raz na jakiś czas trawi ekipę z Katalonii – jednowymiarowość, niemożność grania w stylu innym niż ten nakreślony 20 lat temu przez Johana Cruyffa, ślepy upór, bezrozumna wiara w wyuczone schematy. Najlepsza drużyna piłkarska świata jest jedyną drużyną, która nie jest w stanie zareagować na przebieg boiskowych wydarzeń. Nastawiona na tryb pozycyjnego ataku, chociażby walił się świat, a trąby anielskie ogłaszały czas sądu, będzie atakować pozycyjne. Każdy inny zespół, widząc autobus zaparkowany w polu karnym Getafe, cofnąłby się, wymusił rozprężenie szyków obronnych rywala, poczekałby na kontrę, spróbował prostopadłych podań, strzałów z dystansu… Opcji jest wiele, a każda jest o niebo lepsza od tego nudnego jednostajnego klepania futbolówki.
To, co wyniosło Barcelonę na piedestał, może ją z tego piedestału strącić. Coraz więcej drużyn znajduje sposób na Katalończyków, coraz więcej drużyn nie musi nawet tego sposobu szukać – „Blaugrana” oddaje im się dobrowolnie.










