Wiemy, że się powtarzamy, i wierzcie nam, dla nas też to robi się nudne. Co jednak poradzimy na to, że obrona reprezentacji Polski jak była dziurawa, tak dalej jest. Spośród wielu pozytywów, jakie możemy wyciągnąć po przygodzie w Niemczech, ta nieszczęsna defensywa ciągle pozostaje olbrzymią słabością, która kosztuje nas cenne punkty, a nawet zwycięstwa. Tak dalej naprawdę być nie może. Przed nami i Liga Narodów, i eliminacje do mundialu, dlatego czas w końcu naprawić przeciekające tyły.
Zakończyliśmy właśnie Euro 2024. Pomimo szybkiego odpadnięcia dostrzegamy sporo pozytywów oraz widzimy światełko w tunelu dla tej kadry. Kadry, która jeszcze rok temu urządzała się, cytując Stefana Kisielewskiego, w dupie. Teraz wydaje się, iż „Biało-czerwoni” spakowali stamtąd meble i się wyprowadzili, niemniej do tej beczki miodu dorzucimy łyżeczkę dziegciu. Jest nią obrona reprezentacji Polski, która na tym turnieju była prawdziwą piętą achillesową. Niech Was nie zmyli strata tylko(?) sześciu goli, bo w praktycznie każdym meczu tych bramek mogło być więcej. Na szczęście dla nas i defensorów polska firma bramkarska ciągle ma się dobrze.
Potrafiliśmy pochwalić, ale co z tego, skoro i tak robią banalne błędy
To nie było tak, że cały blok obronny grał źle. Przecież potrafiliśmy pochwalić Bartosza Salomona po meczu z Holandią. Jan Bednarek całościowo zaskoczył chyba wszystkich i na Euro zaprezentował się więcej niż solidnie. To samo Jakub Kiwior, który poza jednym feralnym meczem naprawdę mógł się podobać.
Jasne, w każdym z meczów możemy wyciągnąć krytyczne minuty, w których wyraźnie mieliśmy problemy. Przeciwnicy potrafili wrzucić naszych stoperów i wahadłowych na karuzelę albo rozmontować naszą obronę wielopodaniową akcją z elementem przyspieszenia.
Jednak najbardziej nas bolał fakt, że w każdym z tych trzech meczów możemy wyraźnie przypisać winę za gola danemu obrońcy. W każdym z tych meczów któryś ze stoperów musiał mieć na kilkanaście sekund odcięcie dopływu prądu do mózgu, skutkujące tragedią w obronie.
W każdym z meczów ktoś musiał coś zepsuć
Zacznijmy od gola Holandii na 2:1. Niestety Bartosz Salamon stracił z widzenia Wouta Weghorsta, który w krytycznym momencie przechylił szalę zwycięstwa na stronę „Oranje”. A przecież pisaliśmy po tamtym meczu, że Bartosz Salamon naprawdę nie grał złego spotkania. Uprzedzał Holendrów w ataku, skutecznie czyścił w polu karnym.











