Patrząc na ostatnią formę Legii, a raczej jej brak, na cichego faworyta tego spotkania wyrastała Arka Gdynia. Było to kolejne starcie Marka Papszuna z Dawidem Szwargą, którzy mierzyli się już ze sobą pod koniec listopada ubiegłego roku. Teraz jednak trener Papszun zawitał do Gdyni jako szkoleniowiec Legii Warszawa, a nie Rakowa Częstochowa. Drużyna ze stolicy nie wygrała w PKO Ekstraklasie od września, a przy Olimpijskiej także nie mogła liczyć na taryfę ulgową. Do 90. minuty tego meczu wydawało się, że legioniści zaliczą kolejną porażkę i na dobre zadomowią się w strefie spadkowej. Jednak doliczony czas gry okazał się być tak szalony, że Antonio Colak trafił od bramki arkowców dwukrotnie i doprowadził do wyniku 2:2. Arka wypuściła zwycięstwo w ostatnich sekundach i zremisowała wygrany mecz, który przez większość czasu układał się pod jej scenariusz.
Legia uciekła spod topora
Ten mecz można podzielić na dwa etapy: do 90. minuty i po 90. minucie. W tym pierwszym wszystko wskazywało na to, że Arka Gdynia odniesie kolejne domowe zwycięstwo i udowodni, że w Gdyni nikt za darmo punktów nie dostanie. Pierwsza połowa nie należała do najciekawszych i najpiękniejszych. W 26. minucie wydarzyło jednak się coś, na co gdyńscy kibice czekali od dwóch miesięcy. Niezawodny Sebastian Kerk dośrodkował piłkę z rzutu rożnego, a Michał Marcjanik skierował ją głową prosto do bramki Kacpra Tobiasza. To był pierwszy nokdaun w wykonaniu podopiecznych Dawida Szwargi na piłkarzach Marka Papszuna.
Druga połowa rozpoczęła się od rzutu rożnego dla Legii Warszawa, po którym to Arka Gdynia była bliska podwyższenia wyniku. Z błyskawiczną kontrą w pojedynkę ruszył Nazarij Rusyn, który jednak w końcowej fazie tej akcji posłał futbolówkę w trybuny. Parę minut później Ukrainiec dostał szansę, aby się poprawić. Kolejna strata piłki przez legionistów, przejęcie Kerka i dogranie do Rusyna, który tym razem już się nie pomylił. Od 58. minuty tego spotkania Arka Gdynia prowadziła z Legią Warszawa już 2:0. Czas do końcowego gwizdka nieubłaganie się kończył i nic nie wskazywało na to, że podopieczni Marka Papszuna jeszcze się podniosą.
Wtedy rozpoczął się właśnie drugi etap tego meczu, czyli doliczony czas gry. Rzut rożny dla Legii i gol z głowy Antonio Colaka, który jeszcze dał gościom nadzieję na pozytywne zakończenie tego starcia. Czwarta i zarazem ostatnia doliczona minuta i powtórka sprzed chwili, czyli dogranie Krasniqiego z rzutu rożnego i drugie identyczne trafienie Colaka. Chyba nikt na stadionie w Gdyni nie wierzył w to, co się wydarzyło. Kibice Arki wściekli zaczęli pospiesznie opuszczać trybuny. „Żółto-niebiescy” mieli cały mecz pod kontrolą i mogli jeszcze bardziej pogrążyć zespół z Warszawy. Arkowcy jednak zremisowali wygrane spotkanie i podali trochę tlenu legionistom na kolejne starcia.











