„Święty” Ralph Hassenhuttl i odrodzenie Southampton FC


Był moment, że Ralph Hassenhuttl był o włos od zwolnienia na St. Mary's Stadium. Dzisiaj jednak Austriak udowadnia, że cierpliwość w futbolu popłaca

13 stycznia 2020 „Święty” Ralph Hassenhuttl i odrodzenie Southampton FC
www.dailyecho.co.uk

Po raz kolejny futbol udowadnia, że cierpliwość zdecydowanie popłaca. Gdyby władze „Świętych” zachowały się w stylu przeciętnego klubu z Premier League, Ralph Hassenhuttl pożegnałby się z pracą po blamażu 0:9 z Leicester. Austriak pozostał jednak na stanowisku i dzisiaj klub zbiera owoce jego pracy. Słodki rewanż na „Lisach” przypieczętował znakomity okres dla Southampton FC.


Udostępnij na Udostępnij na

Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że ambitny projekt na St. Mary’s Stadium zostanie brutalnie zweryfikowany przez realia Premier League. Koszmarne 0:9 z Leicester, 19. miejsce w tabeli i wizja nieuchronnego spadku sprawiały, że czas Ralpha Hassenhuttla w Southampton wydawał się policzony. W końcu liga angielska przyzwyczaiła już nas do tego, że trenerzy zostają zwolnieni dużo szybciej, i to za mniejsze przewinienia. Tymczasem władze Southampton postanowiły wypisać się z tej narracji i wykazać się rzeczą niemalże wymarłą w nowoczesnym futbolu – cierpliwością.

Dzisiaj wiemy, że zarząd „Świętych” dokonał znakomitej decyzji. Od meczu z Leicester w tej drużynie zmieniło się niemalże wszystko. Jeszcze niedawno desperacko walczyła o każdy punkt w kontekście utrzymania, teraz ma aż siedem oczek przewagi nad strefą spadkową, tyle samo co Arsenal. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu ligowych kolejek, tylko Liverpool i Manchester City zgromadzili więcej punktów niż podopieczni Ralpha Hassenhutla. A przecież po drodze zremisowali z Arsenalem oraz zwyciężyli z Chelsea, Leicester i Tottenhamem.

Co takiego uczynił Ralph Hassenhuttl, że jego drużyna zaliczyła tak imponującą metamorfozę?

Hassenhuttl nie bał się przyznać do błędu

Cechą wielkich trenerów jest często umiejętność przyznania się do błędu. Ralph Hassenhuttl przychodził do Anglii z łatką wizjonera, który miał całkowicie odmienić grę „Świętych”. Z czasem jednak jego autorski pomysł gry trzema obrońcami przestawał produkować zadowalające efekty. Punktem zwrotnym dla austriackiego menedżera była domowa porażka 1:2 z Evertonem, gdy jego zespół w ciągu 90 minut oddał zaledwie cztery strzały na bramkę rywala. To, że system przestał działać, było więcej niż jasne. Hassenhuttl postanowił więc nie umierać z własnymi ideami i kompletnie przeorganizował ustawienie zespołu.

Nowym pomysłem Hassenhuttla okazała się lekko zmodyfikowana formacja 4–4–2, która tak dobrze działała w czasie jego pracy w Lipsku. W obliczu fatalnej indywidualnej postawy stoperów „Świętych”, system z płaską czwórką obrońców okazał się strzałem w dziesiątkę. Wahadłowi zostali przesunięci nieco bliżej własnej bramki, a pozycje nowych bocznych obrońców powierzono Cedricowi Soaresowi i Ryanowi Bertrandowi.

Po dziewięciobramkowym blamażu z Leicester, uszczelnienie linii obronnej stało się priorytetem. I tak, nowe ustawienie spowodowało, że zaledwie dwukrotnie „Święci” stracili więcej niż jednego gola w meczu. Ba, przeciwko Chelsea i Tottenhamowi udało się zachować nawet czyste konto. Coś, co jeszcze kilkanaście tygodni temu wydawało się mission impossible.My za to cieszymy się, że wreszcie Jan Bednarek może rozwijać się w spokoju.

Od czasu taktycznej transformacji obrona Southampton dopuszcza przeciwników do dużo mniejszej liczby strzałów – obecnie średnio 10,1 na mecz, w porównaniu z 15,2 przedtem. Rywale „Świętych” muszą teraz znacznie ciężej pracować na stworzenie dogodnych sytuacji – statystycznie Jan Bednarek i spółka dopuszczają rywali do zaledwie 0,9 xG na spotkanie, w porównaniu z 1,7 xG przed taktyczną reformą.

Odmieniony środek pola

Równie znaczącej przemiany doszukamy się w środku pola Southampton, gdzie Ralph Hassenhuttl zdecydował postawić na duet James Ward-Prowse–Pierre-Emile Hojbjerg. Początkowy plan z wystawianiem Oriola Romeu nie zdał egzaminu. Chociaż Hiszpan znany jest ze swojego niezłego odbioru piłki, to jednak już w kreacji gry bywał często zagubiony. Postawienie na dwóch tak wszechstronnych i elektrycznych pomocników, jak Ward-Prowse i Hojbjerg pozwoliło „Świętym” znacznie płynniej przechodzić z obrony do ataku.

Ta zmiana szczególnie posłużyła Anglikowi, który już teraz notuje lepsze liczby niż w całym poprzednim sezonie Premier League. Jak wyliczył brytyjski „Telegraph”,Ward-Prowse w 22 dotychczasowych kolejkach zaliczył 54 odbiory, 18 więcej niż w całej poprzedniej kampanii. Pomocnik wygrywa także więcej pojedynków – 120 obecnie w porównaniu z 72 w poprzednim sezonie.

Odrodzony środek pola nie tylko znacznie usprawnił poczynania defensywne, ale także przełożył się na grę do przodu. W ostatnich dziesięciu spotkaniach Southampton nie tylko strzela więcej goli, ale także ogólnie oddaje więcej strzałów na bramkę – średnio o trzy więcej na każde spotkanie. Doskonałym przykładem przemiany ofensywnej jest wspomniany mecz z Leicester, podczas którego podopieczni Hassenhuttla stworzyli aż 16 sytuacji bramkowych i oddali na bramkę Schmeichela dwa razy więcej strzałów niż „Lisy” na bramkę McCarthy’ego.

Hassenhuttl ma wreszcie swojego snajpera

Nie byłoby jednak tak wysokiej pozycji Southampton w tabeli, gdyby nie jego obecnie największa gwiazda. Danny Ings jest bowiem jedną z największych rewelacji tego sezonu Premier League. Anglik jeszcze kilkanaście miesięcy temu znajdował się na zakręcie kariery, gdy fatalna kontuzja uniemożliwiła mu poważną grę w Liverpoolu. Dzisiaj jednak 27-letni Ings znajduje się w życiowej formie, mając na koncie 14 goli – mniej tylko od Jamie’ego Vardy’ego. Ings ma udział przy bramce swojego zespołu średnio co 103 minuty, co jest drugim najlepszym wynikiem w tym sezonie Premier League. Anglik strzelał już Liverpoolowi, Tottenhamowi, Chelsea, Arsenalowi czy Wolverhampton.

Obecną formę Danny Ings zawdzięcza głównie nareszcie spokojnemu okresowi w swoim życiu. Napastnik w końcu przepracował cały okres przygotowawczy z zespołem. Jak sam przyznaje, jeszcze nigdy nie był tak zmotywowany do gry i pewny siebie:

– Trudno wyjaśnić moją obecną sytuację. Zawsze mocno w siebie wierzyłem i czułem, że tak samo mocno wierzą we mnie moi najbliżsi. Czuję, że jestem na fali wznoszącej. To powoduje, że mam więcej okazji do strzelenia goli. Jestem w formie, która daje mi duże szanse na strzelanie co tydzień. Oczywiście nie będę zdobywał goli w każdym meczu, ale im częściej będę znajdować się w odpowiednich pozycjach, tym więcej sytuacji sobie wypracuję.

Austriak zbudował morale zespołu

James Ward-Prowse przyznał jakiś czas temu, że „porażka 0:9 z Leicester była dla wielu z nas najgorszym momentem w karierze”. I w tamtym kryzysowym czasie widać było po zawodnikach „Świętych”, że na kolejne spotkania wychodzą jak na ścięcie. Wobec tego odbudowanie morale zespołu było dla Hassenhuttla równie wymagającym zadaniem, co zmiana taktyczna. Także na tym polu Austriak może mówić o znakomicie wykonanej pracy.

Menedżer postanowił uderzyć w ambicje zawodników. Na 15 minut przed „rewanżowym” meczem z Leicester Hassenhuttl puścił swoim piłkarzom skrót z poprzedniego blamażu 0:9. To była jedna z nielicznych sytuacji, gdy Austriak rozmawiał ze swoją ekipą o tamtym spotkaniu od strony mentalnej. I podziałało, bo „Święci” nie pokulili ogona przed swoim nemezis i prezentowali odważny, ofensywny futbol. Ward-Prowse mówił:

– Oglądając tamten filmik, cała grupa była niezwykle skupiona. Chcieliśmy zrobić wszystko, by tym razem zejść z boiska w zupełnie innych nastrojach.

***

Przypadek Southampton powinien być lekcją dla wszystkich pozostałych klubów w Premier League. Dobra gra i trener z głową na karku zawsze na dłuższą metę przyniosą efekty, jeśli tylko dostaną odpowiednią ilość czasu. „Święci” najprawdopodobniej unikną spadku i to bez konieczności zatrudniania pseudoratownika w postaci Moyesa czy innego Sama Allardyce’a. Fakt posiadania na ławce tak inteligentnego menedżera sprawia, że ciągle maja przed sobą wizję dalszego rozwoju.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski