Raczej niezbyt dużo osób śledzi na bieżąco rozgrywki najwyższej klasy rozgrywkowej w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Inna strefa czasowa nie zachęca kibiców z Europy do oglądania meczów na żywo, a ich aktywność ogranicza się jedynie do oglądania kolejnych epickich bramek Zlatana Ibrahimovicia w skrótach. My, Polacy, mamy w tej lidze kilka naszych miłych akcentów. Jednym z nich jest Przemysław Frankowski. Dla tego zawodnika warto zarwać nie jedną nockę.Bardzo często ludzie lekceważą Major League Soccer, mówiąc że jest to liga dla emerytów, i że piłkarze przenoszą się tam, aby w spokoju dokończyć swoje kariery, zbierając przy tym coraz większe sumy na koncie. Ten stereotyp w dużym stopniu przysłania dobre i ciekawe strony tej nieco egzotyczniej ligi.
Świetny okres
W ciągu ostatnich pięciu kolejek, aż trzykrotnie wybierany do najlepszej jedenastki serii gier. W ostatnim meczu dwa gole, w tym jeden zdobyty niecodziennym trafieniem piętką i nagroda najlepszego zawodnika kolejki. Przemysław Frankowski w ostatnim czasie prezentował fantastyczną formę w barwach Chicago Fire. Idealnie dogadywał się z kolegami z drużyny, co udowadnia jego drugi gol zdobyty w wygranym 5:2 meczu przeciwko Orlando City. Polak przepuścił piłkę między nogami, następnie wybiegł na pozycję i otrzymując podanie zwrotne od napastnika, trochę szczęśliwie ale wykończył akcje. Ta sytuacja pokazuje, że były zawodnik Jagiellonii nie ma problemu z grą kombinacyjną. Warto podkreślić, że nie jest to oczywista cecha każdego skrzydłowego. Jednak, niestety wszystko co dobre, szybko się kończy.
Poprzednia kolejka MLS była już ostatnią dla Polaka w tym sezonie, ponieważ jego drużyna nie zakwalifikowała się do fazy play-off. „Strażakom” zabrakło trzech punktów, aby znaleźć się w pierwszej siódemce Konferencji Wschodniej i zapewnić sobie dalszy udział w rozgrywkach. Tą smutną wiadomość w Chicago na dalszy plan zepchnęła inna też dość smutna wiadomość. Mianowicie kilka dni temu swoją piłkarską karierę zakończył Bastian Schweinsteiger. Zwycięzca mundialu z 2014 roku oraz ośmiokrotny mistrz Niemiec postanowił w Stanach zawiesić swoje buty na kołku.
Plany na przyszłość
Trzeba przyznać, że polski skrzydłowy nie zawsze miał zapewnione miejsce w pierwszym składzie drużyny. Zdarzało się, że trener Valjko Paulinović zostawiał na ławce Frankowskiego aby wpuścić go w okolicach 60 minuty. Jednak od kilku meczów nie można wyobrazić sobie składu drużyny z Toyota Park bez Polaka na jednym z boków pomocy. Świetna dyspozycja w ostatnich tygodniach jeszcze bardziej zwiększyła zaufanie u trenera, co jest dobrym prognostykiem przed następnym sezonem. Można liczyć, że na początku nowych rozgrywek „Frankie”(tak nazywają go kibice Chicago Fire) będzie pewniakiem w składzie „Strażaków”.











