Stal Mielec nie rozpoczęła tego sezonu najlepiej. Bolesna porażka 0:4 z Wisłą była zimnym prysznicem, który pokazał, że spadkowicza czeka trudna przeprawa w wymagającej 1. lidze. W piątek mielczanie pokonali Znicz Pruszków 5:4 po szalonym meczu, co wleje powiew optymizmu i pozytywnie naładuje zespół. Jednak kibice podkarpackiego klubu dalecy są pewnie od ukontentowania.
Oczekiwania po domowym laniu zostały u sporej grupy fanów mocno obniżone. Wszyscy liczyli po prostu na lepszy występ niż z krakusami. Czy ten ze Zniczem taki był? Z przodu tak, jak najbardziej. Ale my, szczerze mówiąc, nie wiemy, jak oni dowieźli to zwycięstwo. Teraz to nie ma znaczenia, bo najważniejsze są trzy punkty, które wleją iskierkę nadziei i umilą powrót do domu.
W obronie Stał Mielec znów przyjęła czwórkę
Może ktoś pomyśleć, że nie lubimy Stali, ale to oczywiście nieprawda. Po prostu widząc jej grę, zwłaszcza w obronie, naprawdę dziwimy się, że zeszła z pruszkowskiego boiska z kompletem punktów. W drugiej połowie przez pewien czas Znicz nawet zamknął Stal na własnej połowie, a ta przestała już nawet odpowiadać kontrami. Trener Djurdjević mówił, że za każdym razem, gdy rywal wyrównywał, jego zespół się podnosił. Nie odmawiamy mu racji, ale bardziej czujemy, że to Znicz powinien pluć sobie w brodę.
Mielczanie bowiem już od początku meczu mieli spore problemy z wyprowadzeniem piłki. Gdy tylko Znicz troszkę bardziej przycisnął, w obronie gości robiło się gorąco i kończyło się na nerwowym wybiciu na aut. Swoje szanse mieli w Zniczu Borecki, Sokół, Majewski – każda zmarnowana. Najlepiej mielczanom wychodziła gra z kontry oraz mądre wykorzystywanie sporych przestrzeni w bocznych strefach, które zostawiali podopieczni Michała Matysika. Gdybyśmy za coś mieli już właśnie zespół chwalić, to właśnie za przyzwoicie wyglądający atak.











