Do niedzieli reprezentacja Włoch w oczach ekspertów i kibiców została okrzyknięta najbardziej efektowną drużyną tegorocznych mistrzostw Europy. Weryfikacja tej tezy dokonała się 1 lipca 2012 tuż przed godziną 23:00. Hiszpanie chwycili Włochów za nogi i wydostali ich głowy z nieba. A przecież miało być tak pięknie…

Faza pucharowa prowadzona była pod dyktando Włochów. W ćwierćfinałowym spotkaniu przeciwko Anglii podopieczni Cesare Prandellego imponowali grą ofensywną. Według statystyk UEFA „Squadra Azzurra” oddała 35 strzałów, z czego 20 poleciało w kierunku Joe Harta. Jednak piłka po żadnym z nich nie zatrzepotała w siatce. W rzutach karnych sprawiedliwości stało się zadość i to Włosi awansowali do półfinału Euro 2012 („jedenastka” egzekwowana przez Pirlo już przeszła do historii tej imprezy). W przedsionku wielkiego finału na Italię czekał kandydat do złota, czyli Niemcy. Na Stadionie Narodowym byliśmy świadkami sporych rozmiarów niespodzianki. Włosi rozegrali porywające zawody, a błysk talentu zaprezentował Mario Balotelli. Niemcy musieli pakować walizki i wracać do Berlina z pustymi rękoma. Po tym meczu futbolowy świat zachłysnął się awansem Włochów. Już wtedy większość koronowała Italię na mistrza Europy. Przecież w finale Włosi zagrają z Hiszpanią, która – brzydko mówiąc – doczłapała się na kijowski Stadion Olimpijski. Spotkanie wieńczące Euro brutalnie skonfrontowało marzenia z rzeczywistością.

W wielkim finale pierwsze skrzypce miał grać Andrea Pirlo. Okazało się, że ktoś mu instrument skradł i przekazał w ręce Xaviego, który w niedzielę potwierdził swoją hegemonię w środkowej strefie. Włochów z resztek nadziei obskubywali kolejno David Silva, Jordi Alba, Fernando Torres i Juan Mata. Tak szczelna do tej pory włoska obrona absolutnie nie miała konceptu na powstrzymanie huraganowych ataków. Mecz pokazał, że Włosi wykrwawili się w dwóch poprzednich spotkaniach. Brakowało im świeżości, polotu czy celności. Sam Cesare Prandelli dużo ryzykował, wystawiając czy potem wprowadzając do gry Giorgio Chielliniego oraz Thiago Mottę. Obaj w trakcie tego turnieju nabawili się kontuzji. Pech chciał, że odnowiły się one podczas spotkania finałowego. Po zniesieniu na noszach zawodnika PSG Italia musiała sobie radzić w dziesiątkę. Była 63. minuta i spotkanie właściwie już się zakończyło. Po końcowym gwizdku portugalskiego arbitra na policzkach włoskich piłkarzy pojawiły się łzy. Zawodnikom nie można było odmówić zaangażowania, poświęcenia. Niestety na decydujący mecz zabrakło sił i umiejętności.











