Komunijne terminy już dawno minęły, ale dla Piasta Gliwice nie jest to spowiedź ani pierwsza, ani ostatnia, więc specjalnie ustalonego dnia, zakreślonego w kalendarzu czerwonym kółeczkiem nie potrzebujemy. Włodarze wicemistrza Polski też chyba nie drżą ze strachu, z piłkarskim kościołem układ mają niezły, a dla nich to nie pierwszyzna. Jednak, tak czy siak, wysłuchajmy ich zeznań, sprawdźmy, czy swoich grzechów żałują i czy obiecują poprawę. Piast Gliwice puka do naszego konfesjonału.
Niech formułkom stanie się zadość
Niech będzie pochwalony.
My, włodarze Piasta Gliwice, ostatni raz byliśmy u spowiedzi, hmmm… latem 2013 roku. Odpadliśmy wtedy z Ligi Europy z Kazachami czy tam Azerami, czy innymi Uzbekami. Gorąco było, upał, daleko. No nie poszło.
Żadnego grzechu nie zapomnieliśmy ani nie zatailiśmy, a trochę ich było. Brak transferów, pozostawienie trenerowi Broszowi takiej samej ekipy, z jaką osiągnął historyczny rezultat i postawienie zbyt wygórowanych oczekiwań.
Oddaliśmy najlepszego strzelca do ligowego rywala. Robak poszedł do Pogoni za marne sto pięćdziesiąt tysięcy euro. W dodatku nie zainwestowaliśmy należycie tych pieniędzy. Nawet nie rozdaliśmy biednym.
Pokuta była okrutna – drżeliśmy o utrzymanie w ekstraklasie do samego końca.
Tak, wiemy, obiecywaliśmy poprawę.
Ale wie ksiądz, jak to bywa. Chcieliśmy, naprawdę. Ale grzech kusi.
No i my w tej samej sprawie co ostatnio.
Zaniedbany jak Piast
Tak jak mówiliśmy, obiecywaliśmy poprawę. I wtedy to było naprawdę szczere. Że następnego trenera z doskonałym wynikiem nie zostawimy na lodzie, że damy pieniądze na zmontowanie poważnej ekipy. Marzyliśmy o solidnej drużynie, o takiej, która może nie od razu wejdzie do fazy grupowej europejskich rozgrywek, ale zahaczy o III, może IV rundę.
Ale cały misterny plan, jakby to ująć, żeby ksiądz zrozumiał… Pasie się na niwach zielonych.
Przyszedł ten Latal no i kurde, eee, zrobił wynik. Aż się nie spodziewaliśmy. Niemiecka szkoła, nie byle jaka. Zrobił chłopakom szkołę, oj tak. Chodzili lepiej niż księżowski szwajcarski zegarek. Wybiegani, ambitni. No i jak zorganizowani. Naprawdę dobrze to wyglądało.
Chcieliśmy złota.
Ale ten cały Latal, jak świat światem, cały sezon spisywał się rewelacyjnie. A potem jak mu coś nie odje… to znaczy na końcu coś go powiodło na pokuszenie. Dostał na Legii cztery sztuki i marzenia o mistrzostwie prysły.
No to zrobiliśmy mu awanturę. Że za defensywnie, że nie tak się umawialiśmy. Miało być zwycięstwo, feta na gliwickim rynku, msza rzecz jasna, a co jest? Dostaliśmy w policzek. Ale nadstawiliśmy drugi.
Zostawiliśmy go na start tego sezonu. Niech ich tak znowu przygotuje i będzie dobrze, może się uda.











