Tak jednostronnego pojedynku o prymat w stolicy Hiszpanii nie przypominają sobie pewnie nawet najstarsi mieszkańcy Madrytu. I to nawet Ci, którzy pamiętają serię Realu rządzącego przez kilkanaście lat regularnie w stołecznym mieście. Sobotnie starcie to pełna i niepodlegająca dyskusji dominacja „Rojiblancos”, którzy urządzili prawdziwą masakrę, a cztery stracone bramki to najniższy wymiar kary, jaki zespół gości mógł dzisiaj otrzymać.
Przed pierwszym gwizdkiem sędziego Fernandeza Borbalana wiele mówiło się o tym, jak bardzo osłabiony przystąpił do tego meczu Real Madryt. Odebranie mózgu i obu rąk Carlo Ancelottiemu z pewnością skomplikowało szanse „Królewskich” na zwycięstwo, co nie zmienia jednak faktu, że z powodu ostatniej serii Atletico to właśnie gospodarzom dawało się więcej szans. Niewiele jednak brakowało, aby już po kilku minutach szanse niemalże się wyrównały. Trudne chwile bowiem przeżywali Koke i Godin. O ile reprezentanta Hiszpanii nie udało się „uratować”, o tyle interwencja medyczna pozwoliła Urugwajczykowi na powrót na plac gry. Bardzo szybko okazało się, że podopieczni Diego Simeone są tak fantastycznie przygotowani i dysponowani, że nawet strata lidera zespołu nie zatrzyma ich marszu na Real. Koncert „Rojiblancos” rozpoczął Iker Casillas, który zgłosił poważnego kandydata do swojej największej wtopy w karierze.
To podziałało jak magnes na rywala, który prezentował się po prostu rewelacyjnie. Z minuty na minutę przewaga „Atleti” robiła się coraz większa i strach w oczach graczy Realu stał się widoczny niemal dla każdego, kto w sobotni wieczór zdecydował się na oglądanie rywalizacji na Vicente Calderon. I stało się jasne, że lada moment możemy się spodziewać kolejnego ciosu. Tylko kto z Was, spodziewał się aż takiego? I akurat w wykonaniu Saula?
https://www.youtube.com/watch?v=Q6_ZiPsb3ws
O bezradności „Królewskich” świadczyła przede wszystkim jedna statystka. Pierwsze jakiekolwiek zagrożenie udało się stworzyć dopiero po upływie pół godziny gry, ale w żaden sposób nie było to coś, co w jakikolwiek sposób byłoby ważne odnotowania. Spektakularna. Tylko w taki sposób można było określić grę Atletico w pierwszej połowie. A statystyki rozwiewały wątpliwości, że z takim zespołem ktokolwiek na świecie byłby w stanie dzisiaj wygrać.
Jeśli ktoś liczył na jakąś istotną zmianę po przerwie, to solidnie się rozczarował. Atleti cały czas wyznawało zasadę: nie ma zmiłuj i na każdy kroku nękali rywala wysokim pressingiem, w zasadzie ograniczając mu w ten sposób jakąkolwiek możliwość manewru. Na tym przykładzie mogliśmy idealnie zaobserwować, jak wiele zmieniło się w tej, madryckiej rywalizacji, od kiedy na Vicente Calderon przybył Diego Simeone. Jeszcze kilka lat temu dla Realu starcia z Atletico było okazją do bezproblemowego zdobycia sześciu punktów. Teraz jest odwrotnie i to rywal niemal z urzędu może sobie dopisać trzy punkty jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Kto by o tym pomyślał, gdy powstawała ta oprawa?












