Po nieudanej inauguracji młodzieżowych MŚ reprezentacja Polski znalazła się w niezbyt komfortowym położeniu. W drugiej kolejce mecz z Tahiti należało po prostu wygrać. I to w dobrym stylu. Zaskoczenia nie było i podopieczni Jacka Magiery stanęli na wysokości zadania. Z naszej perspektywy to najważniejszy aspekt minionego dnia podczas mundialu do lat 20. O tym, co działo się w niedzielę na polskich arenach, w naszym codziennym podsumowaniu wydarzeń z poprzedniej doby.
Kibice zgromadzeni na obiektach w Gdyni, Lublinie, Bydgoszczy i Łodzi ujrzeli łącznie jedenaście goli. Najwięcej z nich padło łupem „Biało-czerwonych”, co oczywiście nie może dziwić, biorąc pod uwagę możliwości naszego ostatniego rywala.
Piłka nadal w grze
To było łatwe i przyjemne zwycięstwo polskiego zespołu. Po porażce z Kolumbią na starcie mistrzostw trudno było o optymizm. Podczas czwartkowej rywalizacji w naszej drużynie nie funkcjonowało nic. Młodzieżowy zespół prowadzony prze Magierę ani razu nie potrafił stworzyć zagrożenia pod kolumbijską bramką.
W niedzielę innego scenariusza niż rehabilitacja za porażkę w pierwszej kolejce fazy grupowej nie brano pod uwagę. Ograniczone zdolności Tahitańczyków jasno wskazywały, jakiego rezultatu należy się spodziewać. Bramki Bednarczyka, Zylli, Benedyczaka oraz dwa trafienia Steczyka rozwiały wszelkie wątpliwości. Sympatyczni młodzi przybysze z Oceanii okazali się tłem dla Polaków.
Piłka wciąż pozostaje w grze. Awans Polski do kolejnej fazy turnieju wciąż pozostaje otwartą sprawą. Warunek jest tylko jeden. Należy rozprawić się z drużyną z Senegalu. Oczywiście chcąc liczyć jedynie na siebie, a nie na dar od losu w postaci odpowiednio wysokiego miejsca wśród drużyn zajmujących trzecie miejsca w swoich grupach. Z niecierpliwością wyczekujemy środowego meczu.
Rzut karny razy dwa
Zanim do walki na stadionie Widzewa Łódź przystąpili Polacy, poznaliśmy lidera naszej grupy. Bezpośredni bój o lokatę numer jeden stoczyły reprezentacji Senegalu i Kolumbii, z którego zwycięsko wyszła z niego ekipa z Czarnego Lądu. Senegalczycy pod każdym względem przewyższali swojego przeciwnika.
Pierwsze istotne dla wyniku zdarzenie miało miejsce w 33. minucie. Kolumbijczyk Anderson Arroyo Cordoba naruszył boiskowe przepisy we własnym polu karnym i po wideoweryfikacji sędzia Michael Olivier wskazał na rzut karny. „Jedenastkę” pewnie wyegzekwował Ibrahima Niane i zapewnił swoje drużynie prowadzenie.











