Sevilla po Unaiu Emerym miała wymagać zburzenia i zbudowania na nowo. Jorge Samapoli w tym sezonie udowadnia, że potrzebna była jedynie przebudowa. Sevilla zachwyca kibiców i ekspertów nie tylko w Hiszpanii, ale i na całym świecie. Sevilla rozgrywa kolejne bardzo dobre spotkanie i choć ostatecznie przegrywa, to chyba możemy śmiało stwierdzić, że zawodnicy z Andaluzji mają wszystko, by w tym sezonie włączyć się do walki o mistrzostwo.
Barcelona była podrażniona. Tak przynajmniej mogło się wydawać, przecież zespół Luisa Enrique nie przegrywa często. Tym bardziej nie przegrywa, dając się zdominować rywalowi. A właśnie tak to wyglądało w spotkaniu Ligi Mistrzów, które Barcelona przegrała z Manchesterem City aż 1:3. „Duma Katalonii” miała w Sewilli wyjść na boisko i walczyć do upadłego. Nie było innej możliwości. Tym bardziej że Real Madryt wygrał wcześniej swoje spotkanie. Ewentualna porażka oznaczałaby aż pięć punktów straty do odwiecznego rywala. Sevilla zawiesiła jednak poprzeczkę bardzo wysoko.
Spotkanie stało na bardzo wysokim poziomie. Gra toczyła się szybko. „Niedzielny” kibic La Liga z pewnością mógłby się zastanawiać, czy na pewno trafił na mecz o mistrzostwo Hiszpanii. Duża w tym zasługa drużyny gospodarzy. Podopieczni Jorge Sampaoliego pokazali futbol, z jakiego słynęła reprezentacja Chile prowadzona przez argentyńskiego szkoleniowca. Intensywność. Słowo przez Hiszpanów uwielbiane. Słowo, które najlepiej oddaje to, jak wyglądał dany mecz. Con intensidad albo sin intensidad. I wszystko jasne. Spotkanie w stolicy Andaluzji było tym z gatunku tych pierwszych. Do potęgi trzeciej.
Tym słowem najlepiej można opisać również grę samej Sevilli. Ten klub i intensywność to synonimy. I to już od czasów Unaia Emery’ego. To właśnie walecznością, szybkością i jeżdżeniem na tyłkach zachwycała ta drużyna w czasach obecnego szkoleniowca PSG. Sama intensywność nie wystarczyła jednak do włączenia się do walki o krajowe trofea. Z tejże intensywności Sampaoli uczynił fundamenty budowanej przez siebie drużyny. Dodał do tego jeszcze kilka składników. Składników, przez które Barcelona była dziś w niemałych opałach.
Szaleństwo. Kluczowy wyznacznik gry Sevilli na początku tego sezonu. Pamiętacie spotkanie z Espanyolem zakończone wynikiem 6:4? No właśnie. Gramy do przodu. Ma być ogień. I rzeczywiście był. Z tym że po chwili od tego ognia zapłonęła hiszpańska prasa, która zaczęła wylewać na głowę Argentyńczyka kubły zimnej wody. Lodu, lodu, lodu, panie Jorge, zdawały się krzyczeć dzienniki, a za nimi i kibice. Livin’ la vida loca było fajne tylko przez chwilę. Sampaoli w końcu to zrozumiał. Wówczas przyszedł spokój. I balans.
Balans między tymże szaleństwem a odpowiedzialnością taktyczną. Sevilla zaczęła grać z głową. Chłodną głową, która jednak momentami potrafiła zapłonąć od wspomnianego wcześniej szaleństwa. Dbanie o ten balans Sampaoli powierzył dwóm zawodnikom – Stevenowi N’Zonziemu i Francowi Vazquezowi. To oni wraz z Samirem Nasrim przeżywają największy rozkwit pod skrzydłami byłego selekcjonera reprezentacji Chile. To od nich zależy w tej drużynie bardzo wiele. To oni mieli zastąpić Evera Banegę i Grzegorza Krychowiaka. I trzeba przyznać, że robią to doskonale. Co udowodnili również w starciu z Barceloną. To właśnie ten balans obok jeżdżenia „Sevillistas” na tyłkach sprawiał ogromne problemy Barcelonie. Szybkie przechodzenie z ataku do obrony i na odwrót.











