Wszyscy kibice futbolu w Polsce doskonale pamiętają strzał Sebastiana Mili, który pogrążył faworyzowany Manchester City w meczu drugiej rundy Pucharu UEFA, z Groclinem Grodzisk Wielkopolski. Wspólnie z pomocnikiem Śląska Wrocław wspominaliśmy tamte chwile, a także oceniliśmy szansę Lecha Poznań na powtórzenie sukcesu z 2003 roku.
6 listopada 2003 roku – pamiętasz jeszcze tę datę?
Tak… Ostatnio wiele osób mi o niej przypomina. To był mecz z Manchesterem City.
Takich momentów się chyba nie zapomina…
Nie tylko się ich nie zapomina, ale także bardzo miło się do nich wraca. Była to niezwykle przyjemna chwila nie tylko dla mnie, ale też dla całego klubu. Myślę, że również dla kibiców.
Jakie to uczucie oddać strzał życia i być na ustach całej Europy?
Było to niewątpliwie niesamowite uczucie. Zdarzyło mi się wtedy coś, czego już nigdy nie zdołam powtórzyć. Kiedy jeszcze byłem początkującym piłkarzem, marzyłem o takich chwilach, jak w dniu wspomnianego meczu.
Wspomniałem tamten mecz dlatego, bo z tym samym rywalem w czwartek będzie mierzył się Lech Poznań. Myślisz, że lechici są w stanie powtórzyć Wasz sukces?

Myślę, że tak. W futbolu dzieją się różne rzeczy – to dyscyplina, w której można pokonać każdego rywala. Tym bardziej że City wyjdzie na ten mecz na pełnym luzie. Przed Lechem jest naprawdę ciężkie zadanie. Poznaniacy zmierzą się z wieloma gwiazdami światowej klasy, dlatego aby marzyć o sukcesie, muszą się wznieść na wyżyny swoich możliwości.
Ważnym czynnikiem w takich meczach jest brak presji. W jakim stopniu komfort psychiczny pomaga w sprawieniu niespodzianki w takim meczu?
Jest to mistrz Polski, zespół, który gra w europejskich pucharach i mierzył się już z wieloma wymagającymi przeciwnikami. Jednym z ich rywali był Juventus Turyn, ale lechici nie przestraszyli się i ugrali dobry wynik. Poznaniacy mają już w sobie adrenalinę, która sprawia, że nie czują respektu przed żadnym rywalem. W czwartkowym spotkaniu zadecydują precyzja oraz dyspozycja dnia.
A co się czuje, wchodząc na murawę naprzeciw takim gwiazdom? Przecież Kamil Drygas miał zapewne jeszcze dwa lata temu plakaty Teveza czy Adebayora nad łóżkiem.












