Gdzie byłby dziś Liverpool, gdyby nie Mohamed Salah? Kolejny kluczowy gol Egipcjanina sprawia, że to pytanie staje się coraz bardziej zasadne.
Salah ratuje „The Reds”
Sporo emocji i kontrowersji przyniosło spotkanie między Crystal Palace i Liverpoolem. Walczące o zabezpieczenie swojego ligowego bytu „Orły” długo przeciwstawiały się zmasowanej sile ofensywnej „The Reds”. Zdołali nawet objąć prowadzenie, gdy rzut karny na bramkę zamienił Luka Milivojević, lecz nie wystarczyło to, by wyjść z pojedynku zwycięsko. Winą za taki stan rzeczy fani Crystal Palace obarczać mogą trzech panów: Mohameda Salaha, Christiana Benteke i… Neila Swarbricka.
Pierwszy z nich znalazł się na tej liście z oczywistych względów. Egipcjanin jak zwykle zagrał świetne spotkanie i co najważniejsze – nie zawiódł w kluczowym momencie. Zdobył swoją 29. bramkę w tej kampanii i tym samym wyrównał dorobek Didiera Drogby z jego najlepszego sezonu w Anglii. Salah śrubuje rekordy, a do końca sezonu wciąż pozostało kilka spotkań – już teraz wydaje się jednak, że nikt nie zagrozi mu w wyścigu o koronę króla strzelców. Trzeba też zaznaczyć, że przy zdobytym przez niego golu spory udział miał James Milner, który perfekcyjnie opanował piłkę na lewej stronie pola karnego i tym samym otworzył partnerom drogę do bramki.
Kolejnym nazwiskiem, które już na dobre zagościło na czarnej liście wszystkich kibiców „Orłów”, jest bez wątpienia Benteke. Belgijski napastnik zawodzi na całej linii. Strzela bardzo mało pomimo wielu dobrych sytuacji, co mieliśmy okazję obejrzeć w dzisiejszym meczu. Rosły Belg zmarnował dwie świetne okazje, dzięki którym mógł odmienić losy całego spotkania. Gdy po podaniu Townsenda przeniósł piłkę nad poprzeczką, za głowę złapali się wszyscy znajdujący się w okolicy piłkarze „Orłów”, wliczając w to samego Benteke.
Największą kontrowersję sobotniego spotkania zafundowali nam wspólnie Sadio Mane oraz sędzie Neil Swarbrick. Zacznijmy od udziału Senegalczyka w całej sprawie. Skrzydłowy „The Reds” zagrał niezłe spotkanie i o ile pierwsza zdobyta przez niego bramka nie została uznana ze względu na spalonego, o tyle drugi, w pełni prawidłowo strzelony gol przywrócił fanom Liverpoolu wiarę w końcowy sukces. Radość po strzelonej bramce Mane mógłby kontynuować już w szatni, gdyby nie nadzwyczajna tolerancja sędziego Swarbricka. Pierwszą żółtą kartkę Senegalczyk obejrzał za próbę wymuszenia rzutu karnego (minimalny kontakt nastąpił, ale upadek Mane był spóźniony i zdecydowanie zbyt teatralny).











