20. kolejka Primera Division trwa już co prawda w najlepsze, ale my mamy jeszcze dla Was ostatni tekst podsumowujący jesienną rundę rozgrywek na hiszpańskich boiskach. Tym razem mowa jest o rozczarowaniach pierwszej części sezonu w La Liga.
5. Iker Casillas
Ci, którzy krytykowali Jose Mourinho za to, że w ostatnich tygodniach sadzał kapitana reprezentacji Hiszpanii na ławce rezerwowych, może i mają rację. Może i symbolu klubu, żyjącej legendy, nie powinno się traktować w ten sposób. Jestem jednak pewien, że gdyby drugim bramkarzem Realu był choćby nadal Jerzy Dudek, głosy krytyki nie byłyby aż tak głośne. Antonio Adan to zdecydowanie na ta sama półka co Iker. To oczywiste. Niestety bolesną prawdą jest również to, że Casillas nie prezentował w tym sezonie szczytowej formy – co do tego także nie powinno być żadnych wątpliwości. Gra nogami zawsze sprawiała Hiszpanowi mnóstwo problemów – w tym aspekcie na łeb na szyję przewyższają go jego rodacy, Pepe Reina i Victor Valdes (choć temu drugiemu zdarzają się katastrofalne wręcz wpadki). Nie chodzi jednak tylko o ten aspekt gry. Defensywa „Królewskich” zawsze mogła mieć pewność, że za ich plecami czai się człowiek, który jest zdolny do rzeczy absolutnie niemożliwych. W pierwszej części sezonu nie doświadczaliśmy jednak tego typu zagrań ze strony mistrza świata i Europy. Casillas zlał się z tłumem pozostałych bramkarzy La Liga i przyzwoite mecze przeplatał bardzo słabymi. Sam bramkarz zdaje sobie sprawę z tego, że był w zdecydowanie słabszej formie i nie oburzał się na to, że Jose Mourinho posadził go na ławce rezerwowych. A z perspektywy czasu trzeba przyznać, że była to decyzja bardzo dobra. Casillas wrócił i w meczach z Celtą Vigo, Osasuną i Valencią zaprezentował się już z dużo lepszej strony. Wrócił skoncentrowany i świadomy tego, że na nowo przekonał do siebie portugalskiego trenera. Nie zmienia to jednak faktu, że o pierwszej części sezonu Iker musi jak najszybciej zapomnieć.
4. Sevilla

W Andaluzji stosunkowo późno zorientowano się, że z Michela nic już nie będzie. Hiszpan na siłę próbował grać systemem, który na Ramon Sanchez Pizjuan już od bardzo dawna się nie sprawdzał. Sam trener nie miał niestety pomysłu na to, jak urozmaicić grę ekipy z Sewilli, i do znudzenia wałkował wyuczone sto lat temu schematy. Schematy, na które nikt w Hiszpanii już się nie nabierał. Niejednokrotnie pisaliśmy o tym, że Sevilla to drużyna, która potrafi perfekcyjnie przygotować się do spotkań z najlepszymi drużynami na Półwyspie Iberyjskim. Tak było w tym sezonie w starciach z Realem Madryt i Barceloną na własnym obiekcie. „Królewscy” w Andaluzji przegrali, Katalończykom trzy punkty wywieźć się udało, ale przy sporej pomocy ze strony arbitra. Te mecze pokazały jednak, że Sevilla ma wystarczający potencjał, by walczyć o coś więcej niż miejsce w środku tabeli. Trzynaste miejsce na półmetku rozgrywek to wynik, którego przed rozpoczęciem sezonu na pewno się nie spodziewaliśmy. Problem bez wątpienia tkwił w trenerze, który po prostu wyczerpał swój i tak nieco ograniczony zasób możliwości. Problemem było także nastawienie zawodników, bo przecież od nich zależy najwięcej. A skoro Navas i spółka byli w stanie spiąć się i walczyć z najlepszą dwójką w Hiszpanii jak równy z równym – momentami nawet będąc stroną zdecydowanie dominującą – to dlaczego nie mogliśmy oglądać takiego nastawienia w innych starciach, z typowymi ligowymi średniakami? Cóż, przychodzi druga runda, przyszedł nowy trener i być może w końcu coś ruszy do przodu. Unai Emery wydaje się odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku.











