Czas na kolejny odcinek naszego cyklu. Dziś bardzo dużo miejsca poświęcimy dwóm krajom: Polsce i Chinom. Polsce, bo właśnie w ostatnich dniach w kilku polskich klubach dopinano bardzo ważne transakcje. W Chinach z kolei nikt nie myśli, aby zatrzymać zakupowe szaleństwo, a kluby przeprowadzają kolejne roszady transferowe, które dotyczą coraz mocniejszych nazwisk.
Transfery, które zostały sfinalizowane
Kto: Bartosz Bereszyński
Skąd: Legia
Dokąd: Sampdoria
W ostatnich kilkunastu dniach jedno z najgorętszych nazwisk, które przewijały się w spekulacjach dotyczących możliwego transferu. Kilka dni temu stało się to, co było przez ostatnie dni prognozowane. Bartosz Bereszyński dołączył do Sampdorii i został drugim, po Karolu Linettym, Polakiem, który będzie grał w barwach genueńskiego klubu.
Bereszyński ma za sobą udaną rundę jesienną. Grał z sukcesami w Lidze Mistrzów, dodatkowo dostał powołanie na dwa mecze listopadowe (zagrał we Wrocławiu ze Słowenią i był to występ bardzo przyzwoity), nic więc dziwnego, że jego osiągnięcia nie umknęły zagranicznym klubom. Nie wiemy, czy Polak zadebiutuje już w meczu z Napoli (tekst był pisany przed meczem), ale szanse na to są spore, ponieważ były zawodnik Lecha Poznań ma być tym, który wniesie stabilizację do defensywy Sampdorii.
Zadanie ułatwi fakt, że w tym okienku transferowym Bereszyńskiemu ubędzie mocny rywal – 19-letni Pedro Pereira, który w tym sezonie ligowym rozegrał dziewięć meczów ligowych. Portugalczyk wróci do ojczyzny, do Benfiki Lizbona. Co ciekawe, do Sampdorii trafił właśnie z Benfiki dwa lata temu.
Kto: Daniel Chima Chukwu
Skąd: Shanghai Shenxin
Dokąd: Legia
Był transfer z Legii Warszawa, czas na transfer do Legii Warszawa. Nie będzie to następca Bartosza Bereszyńskiego, choć jeszcze kilka lat temu tę tezę mogliśmy postawić. W zamyśle ma być to jednak następca sprzedanego do Chicago Fire Nemanji Nikolicia.
Daniel Chima Chukwu – tak nazywa się bohater tej części. Z pewnością dla wielu sympatyków Legii, czy w ogóle całego polskiego futbolu, to nazwisko mogą mieć z tyłu głowy, bo brzmi znajomo i coś mówi. Jeżeli ktoś jeszcze ma wątpliwości, już spieszymy z wyjaśnieniem.
Nigeryjczyk dał się we znaki warszawianom trzy lata temu (latem 2013 roku), kiedy Legia rywalizowała o Ligę Mistrzów. W trzeciej rundzie eliminacji trafiła na Molde i w składzie Norwegów biegał właśnie nasz bohater, który sprawiał polskim obrońcom ogromne problemy, a w pierwszym meczu, u siebie, strzelił nawet bramkę.
Półtora roku później dla Nigeryjczyka skończył się etap norweski, a zaczął chiński. Trafił do Shanghai Shenxin i niemal z miejsca trafił do wyjściowego składu. W sezonie 2015 (Chińczycy grają systemem wiosna–jesień) strzelił dziesięć goli i możemy powiedzieć, że był jednym z niewielu jasnych punktów w klubie, ponieważ zespół z hukiem spadł o klasę niżej.











