Fani angielskiej piłki w końcu się doczekali. Po niespełna trzymiesięcznej przerwie wraca najlepsza, najciekawsza, najbardziej wyrównana (niepotrzebne skreślić) liga w Europie. Pierwsza kolejka stała przede wszystkim pod znakiem debiutów i powrotów, a w zasadzie jednego najważniejszego powrotu, którego oczekiwała co najmniej połowa hrabstwa Merseyside. Mieliśmy grad bramek, walkę do ostatnich minut i pierwsze wpadki faworytów. Premier League wraca w wielkim stylu.
7 goli na otwarcie
94 sekundy – tyle potrzebował Alexandre Lacazette na zdobycie swojej pierwszej bramki w Premier League. Tym samym już w drugiej minucie spotkania zapoczątkował niesamowicie emocjonującą wymianę ciosów, która trwała do ostatnich chwil meczu. Na gola Francuza błyskawicznie odpowiedział niezniszczalny Shinji Okazaki, a 24 minuty później świetne dośrodkowanie Albrightona wykorzystał Jamie Vardy i wyprowadził „Lisy” na prowadzenie. Kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się wynikiem 1:2, pięciu obrońców Leicester uznało, że jeśli staną w miejscu i równocześnie skierują ręce ku górze (sygnalizując spalonego), to skutecznie powstrzymają Welbecka przed strzeleniem gola – tak się jednak nie stało i „Kanonierzy” wyrównali stan rywalizacji. 56. minuta zaowocowała w kolejną bramkę dla Leicester. Gapiostwo Xhaki przy jednym z rzutów rożnych wykorzystał Jamie Vardy i podopieczni Craiga Shakespeare’a ponownie wyszli na prowadzenie.
Londyńczycy za wszelką cenę starali się odmienić losy meczu, gole jednak wciąż nie padały. Arsene Wenger postanowił więc postawić wszystko na jedną kartę – na boisku pojawili się Aaron Ramsey i Olivier Giroud, których wejście zdecydowanie ożywiło grę ofensywną drużyny. W końcowej fazie spotkania trójkę obrońców Arsenalu tworzyli Monreal, Bellerin i Kolasinac, ale jak się później okazało, ryzyko w pełni się opłaciło. W 83. minucie ponownie zaspała obrona Leicester, a wprowadzony niedawno Ramsey wykorzystał niemal stuprocentową sytuację i było już 3:3. Ostateczny cios wyprowadził człowiek od zadań specjalnych – Olivier Giroud. Harry Maguire i Wes Morgan za wszelką cenę starali się sprawić, by Francuz nie oderwał nawet stóp od murawy, ale wyglądało to tak, jakby Giroud ich nawet nie zauważył. Strzałem pod poprzeczkę pokonał Kaspera Schmeichela i dał Arsenalowi drugie w ciągu ostatnich siedmiu lat zwycięstwo w meczu otwierającym sezon.
Pokaz siły
Jeśli mielibyśmy tylko na podstawie pierwszej kolejki określić, która drużyna ma największe szanse na mistrzostwo, to bez wątpienia postawilibyśmy na Huddersfield Manchester United. Podopieczni Jose Mourinho zdeklasowali West Ham, choć trzeba też powiedzieć, że „Młoty” nie stawiały zbyt wielkiego oporu. Dziury w obronie starał się łatać niezmordowany Pablo Zabaleta, ale momentami wyglądało to, jakby Argentyńczyk starał się gołymi rękami zatrzymać zmierzający w jego kierunku czołg. Strzelanie rozpoczęło się w 33. minucie. W środku pola niefrasobliwość Obianga wykorzystał Matić i rozpoczął kontratak, który strzałem przy słupku wykończył Lukaku. Belg drugiego gola dołożył zaraz po przerwie, tym razem po uderzeniu głową. West Ham nie miał piłkarskich argumentów, aby w jakiś sposób odpowiedzieć „Czerwonym Diabłom”, nie dziwi więc, że nie możemy również nic dobrego powiedzieć o grze wracającego do Anglii „Chicharito”. W końcówce spotkania rywali dobili jeszcze Martial i Pogba, który zdobytym golem udokumentował swoje bardzo dobre spotkanie.











