Real Madryt wygrał 4:0 z Getafe w jednym z najciekawszych spotkań 36. kolejki Primera Division. Cała drużyna gospodarzy grała pod Cristiano Ronaldo, który skompletował hat-tricka i z dorobkiem 37 goli przewodzi klasyfikacji o tytuł Pichichi. Zwycięstwo „Los Blancos” oznacza, że na tytuł mistrzowski Barcelona musi poczekać przynajmniej do jutra.
Przed tym spotkaniem było wiele spekulacji. Czy Real „podłoży się” zaprzyjaźnionemu klubowi z przedmieść Madrytu, który praktycznie jest filią klubu ze stolicy? Racjonalnych powodów ku temu było dużo, gdyż teoretycznie Getafe czekają jeszcze dwa mecze z zespołami z dołu tabeli, Osasuną i Realem Sociedad, ale punkty są potrzebne już teraz, gdyż zespołowi grającemu w tym sezonie w rozgrywkach Ligi Europejskiej w oczy zajrzało bardzo rzeczywiste i prawdopodobne widmo dołączenia do Almerii w Segunda Division. Z kolei „Los Merengues” zależało na korzystnym wyniku, gdyż przegrana na Santiago Bernabeu oznaczałaby tytuł mistrzowski dla Barcelony już dzisiaj. Podopiecznym Jose Mourinho zależało w tym spotkaniu także na zdobyciu goli przez Cristiano Ronaldo – w ostatniej kolejce popisał się czterema golami w Sewilli i wyprzedził w klasyfikacji Pichichi Messiego, a jest to jedyny tytuł, jaki można jeszcze „wykraść” Katalończykom.

Spotkanie poprzedziła minuta ciszy ku czci jednego z najlepszych hiszpańskich golfistów w historii, Severiano Ballesterosa. Chwilę później zabrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, a mecz bardzo dobrze rozpoczęli gospodarze, którzy już od pierwszych minut wywierali dużą presję na gościach, raz po raz przeprowadzając groźne akcje. W 3. minucie dośrodkowania Marcelo z lewej strony nie sięgnął w polu karnym Higuain, a w 7. minucie dość niespodziewanie z rzutu wolnego zamiast Ronaldo uderzył Xabi Alonso, jednak trafił tylko w mur. Kolejne minuty to ciągły napór gospodarzy, który mógł zakończyć się bramką w 10. minucie, jednak strzał Higuaina trafił prosto w stojącego przed nim Ronaldo, jakby ten chciał pokazać „to ja dziś strzelam gole”. Real atakował Getafe już na połowie rywala, skutecznie uniemożliwiając mu przeprowadzenie składnej akcji. Zbyt egoistycznie momentami grał najlepszy strzelec ligi, który kilkakrotnie, zamiast podawać, decydował się na indywidualne akcje, zakończone najczęściej stratą.
Portugalczyk doczekał się jednak swojej bramki w 24. minucie. Po kapitalnym dograniu piłki z prawej strony przez Oezila, które można nazywać mianem „stadiony świata”, Ronaldo najwyżej wyskoczył do piłki i pomimo asysty dwóch obrońców zdołał przymierzyć tuż przy słupku i zdobyć swojego 35. gola w sezonie. Po zdobyciu prowadzenia, „Los Merengues” zwolnili nieco tempo rozgrywania akcji, jednak nadal nie pozwolili gościom na rozwinięcie skrzydeł, za wyjątkiem świetnej sytuacji z 34. minuty, kiedy to strzał Adriana Colungi z ostrego kąta trafił tylko w boczną siatkę. Był to najgroźniejszy zawodnik gości w pierwszej połowie, ale znacznie lepiej spisywał się jego vis-a-vis. W 37. minucie strzał Ronaldo był jednak zbyt niedokładny, aby zagrozić bramce Ustariego. Colunga zmarnował świetną sytuację w 45. minucie, kiedy to po rozegraniu rzutu wolnego z lewej strony, piłka spadła prosto na jego głowę, jednak strzał został zablokowany przez obrońców, a dobitka była tyle za słaba, co niecelna.











