Rodrigo Carbone: W ŁKS-ie przeżyłem najlepszy czas w karierze


Kolega Bebeto i mistrz Polski z 1998 roku opowiada o kulisach historycznego sezonu w barwach ŁKS-u

19 marca 2018 Rodrigo Carbone: W ŁKS-ie przeżyłem najlepszy czas w karierze

W drugi weekend marca rundę wiosenną zainaugurowali piłkarze II ligi. Jednym z kandydatów do awansu na zaplecze Lotto Ekstraklasy jest Łódzki Klub Sportowy. Drużyna z Łodzi po upadku w 2012 r. przechodzi długą i skomplikowaną drogę powrotu do grona czołowych zespołów w kraju. Tymczasem niewiele osób jeszcze pamięta, że niemal równo 20 lat temu to właśnie w Łodzi świętowano mistrzowski tytuł. Zawodnikiem ŁKS-u był wówczas Rodrigo Carbone, który w annałach krajowych rozgrywek zapisał się jako jeden z pierwszych stranierich mających realny wpływ na grę swojego zespołu. Po dwóch dekadach od zdobycia mistrzostwa Polski udało nam się porozmawiać z Brazylijczykiem, który powspominał zwycięski sezon oraz opowiedział o życiu po zakończeniu piłkarskiej kariery. Będzie też o tym, jak polskie dziewczyny pokrzyżowały karierę testowanym w łódzkim klubie Brazylijczykom, pomocy Boga przy pierwszej bramce strzelonej w ekstraklasie i nietypowych przejawach sympatii polskich kibiców. Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów ŁKS-u oraz osób pamiętających szalone lata 90. w polskiej piłce.


Udostępnij na Udostępnij na

Rozpocznijmy od Twoich początków w Polsce. Jak to się stało, że trafiłeś do ŁKS-u?

To ciekawa historia. Przez ponad trzy lata grałem we Fluminense FC, po czym zdecydowałem się wyjechać na sześć miesięcy do Japonii. Po przygodzie w tym kraju wróciłem do Brazylii i nawiązałem kontakt z Toninho, menadżerem, który współpracował wówczas m.in. z ŁKS-em. To właśnie on zaproponował mi, bym pojawił się na okresie przygotowawczym w Polsce, który miał tak naprawdę pomóc mi utrzymać się w dobrej dyspozycji w oczekiwaniu na nowy kontrakt w Brazylii. Zdecydowałem się przyjąć tę propozycję. A wszystko skończyło się tak, że podczas przygotowań do rundy prezentowałem się naprawdę dobrze, co poskutkowało podpisaniem kontraktu z ŁKS-em.

Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem podczas pierwszych dni pobytu w Polsce?

Na początku największą niespodziankę stanowiły dla mnie różnice kulturowe pomiędzy luźnym brazylijskim stylem życia a „poważnym” zachowaniem Polaków. Zajęło mi chwilę, zanim na dobre zaaklimatyzowałem się w waszym kraju i piłkarskiej szatni. Na początku trudno było mi przyzwyczaić się do mocnej rywalizacji, która panowała podczas treningów. W Brazylii byliśmy zdecydowanie bardziej wyluzowani i skłonni do robienia żartów w zasadzie przez cały czas. Wcześniej grałem wprawdzie w Japonii, ale tam było dużo innych brazylijskich zawodników i te różnice nie były tak odczuwalne. Kiedy dotarłem do Polski, musiało upłynąć trochę czasu, by przełamać pierwsze lody i poczuć się komfortowo. Nie wszystkim moim rodakom udało się jednak odnaleźć w waszym kraju…

Faktycznie, byłeś jednym z nielicznych stranierich z zagranicznego zaciągu Ptaka, którzy przebili się w ŁKS-ie.

Ciekawa historia miała miejsce podczas przygotowań do sezonu. Razem ze mną na testach było jeszcze dwóch innych Brazylijczyków. Byliśmy zakwaterowani w tym samym pokoju, w hotelu, w którym wakacje spędzało sporo osób z Polski. Jeden z moich kolegów z Brazylii miał obsesję na punkcie tutejszych dziewczyn i chciał koniecznie z każdą z nich umówić się na randkę. Tłumaczyłem mu, żeby lepiej skupił się na treningach i że nie jest to odpowiedni moment na flirtowanie i podryw, ale nie chciał mnie słuchać. Jednego dnia podczas zgrupowania wróciłem do pokoju i oczywiście zastałem go w pokoju razem z atrakcyjną Polką. Nieźle się wtedy wystraszyłem, bo w głowie miałem już scenariusz, jak się to wszystko może skończyć! Powiedziałem mu, żeby natychmiast odpuścił sobie tę dziewczynę, ale on się uparł I kontynuował miłosne zaloty. Nie trwało to jednak zbyt długo… Po paru minutach do naszego pokoju zapukał trener Dziuba. Otworzyłem drzwi, a trener już od progu grzmiał, że wie, że była tutaj przed chwilą jakaś dziewczyna! Nie złapał jednak mojego kolegi na gorącym uczynku, gdyż kobieta, słysząc pukanie do drzwi, wyskoczyła przez balkon do następnego pokoju i stamtąd wydostała się na zewnątrz. Morał tej historii był jednak taki, że kolega z Brazylii ostatecznie nie ukończył pozytywnie testów, bo nie chciał słuchać moich wskazówek. Na szczęście mnie ominęła kara, zostałem w ŁKS-ie i stałem się ważnym zawodnikiem w historycznym, mistrzowskim sezonie dla łódzkiego klubu.

Skoro już jesteśmy przy temacie Twoich rodaków… Wiedziałeś, że w latach 2007-2008 w ŁKS-ie występował Paulinho, który dziś jest kolegą klubowym Leo Messiego i gra w Barcelonie?

Tak, słyszałem o tym. Gdy tylko opuścił ŁKS, trafił do Corinthians i już od samego początku prezentował się tutaj bardzo dobrze… Później brazylijskie media napisały o nim kilka ciekawych tekstów, wspominając w nich również o jego epizodzie w Polsce.

Wróćmy do relacji w zespole, gdy występowałeś w Łodzi… Kto był Twoim najlepszym kumplem w szatni?

Rafał Niżnik. To pierwszy piłkarz, z którym złapałem nić porozumienia, przede wszystkim z powodu jego technicznych umiejętności i sposobu bycia. Zwykłem mówić do innych kolegów z zespołu, że on jest jak typowy Brazylijczyk! Dogadywaliśmy się ze sobą naprawdę bezproblemowo.

Jak wspominasz sezon zakończony zdobyciem mistrzowskiego tytułu przez ŁKS?

Dobrze pamiętam pierwszy mecz u siebie, który graliśmy z Zagłębiem Lubin i wygraliśmy 1:0. Pojawiłem się na boisku w drugiej połowie. Kolejny mecz rozegrałem w 3. kolejce przeciwko Wiśle Kraków. Przegraliśmy 0:1, a ja wprawdzie rozpocząłem mecz w wyjściowej jedenastce, ale nie prezentowałem się dobrze i zostałem zmieniony w drugiej połowie. Najbardziej utkwił mi jednak w pamięci następny mecz na własnym boisku. Mierzyliśmy się z Rakowem Częstochowa i po 40 minutach przegrywaliśmy 0:1. Nie grałem raczej zbyt dobrze i w mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli, że przed drugą połową zostanę zastąpiony i to będzie początek końca mojej piłkarskiej kariery w Polsce. Zacząłem więc się modlić i prosić Boga, by dał mi szansę, aby strzelić gola w ciągu pięciu minut, które pozostały do gwizdka sędziego. I tak właśnie się stało! To był cud, który zmienił moje piłkarskie życie w waszym kraju. Krysiak nie trafił w piłkę, ale ta w polu karnym dotarła do mnie i bezpośrednim uderzeniem w prawy róg doprowadziłem do wyrównania. Wkrótce strzeliliśmy kolejne bramki i wygraliśmy to spotkanie, a ja stałem się motorem napędowym całego zespołu. W kolejnych sześciu meczach zdobyłem siedem goli, w tym bramkę w meczu wyjazdowym przeciwko Amice Wronki. Podczas tego spotkania było dość zimno i pierwszy raz w życiu zobaczyłem śnieg na własne oczy. Sięgał mi po same kostki! Po rundzie jesiennej plasowałem się wśród najlepszych strzelców zespołu, a ŁKS już do końca sezonu pozostawał na jednym z dwóch pierwszych miejsc w tabeli i ostatecznie zdobył mistrzostwo.

Podczas naszej pierwszej rozmowy powiedziałeś, że sezon spędzony w ŁKS-ie był Twoim najlepszym czasem w trakcie piłkarskiej kariery. Dlaczego zatem po zdobyciu mistrzostwa nie zdecydowałeś się pozostać w klubie?

To bardzo delikatna sprawa. Cieszę się, że o to pytasz, gdyż dzięki temu mogę wyjaśnić, jak to wyglądało z mojej strony, a wiem, że było wiele błędnych teorii i spekulacji dotyczących mojego odejścia. Kiedy zostałem zaproponowany ŁKS-owi, chciałem podpisać roczny kontrakt, po którego wypełnieniu mógłbym odejść z klubu bez żadnych zobowiązań. Pan Ptak nie zgodził się jednak na takie rozwiązanie, dlatego dołączyliśmy aneks do kontraktu, na mocy którego zobowiązał się, że po roku gry w ŁKS-ie znajdzie mi inny klub, z którym będzie negocjował moje odejście. Na myśli mieliśmy większy klub europejski, na przykład z Niemiec albo innych czołowych piłkarsko krajów. Zastrzeżenie było takie, że jeśli na koniec sezonu nie uda się znaleźć dla mnie nowego, bardziej znanego pracodawcy, będę mógł odejść za darmo do innego klubu, który sobie wyszukam. Mówię teraz dokładnie o tym, co było zapisane w moim kontrakcie. Koniec końców, po udanym sezonie, który jak już wcześniej wspomniałem, był świetny w moim wykonaniu, po rozgrywkach, które zakończyły się historycznym sukcesem dla ŁKS-u – zespół zdobył mistrzostwo po 40 latach przerwy, a ja byłem doceniany przez fanów i media – nie udało się znaleźć klubu, z którym pan Ptak mógłby podjąć transferowe negocjacje.

Jak myślisz, z czego to wynikało?

Może stało się tak ze względu na moją kontuzję kolana, której nabawiłem się pod koniec sezonu? Ten uraz był również przyczyną mojego późniejszego rozczarowania, gdyż zależało mi na tym, by szybko wrócić do pełnej sprawności, a leczenie w Brazylii było wówczas bardziej zaawansowane niż zabiegi stosowane w Łodzi. W zasadzie to nawet w dzisiejszych czasach, 20 lat później, Brazylia nadal uchodzi za jeden z czołowych krajów, jeśli mówimy o rekonwalescencji po kontuzjach związanych z zawodowym uprawianiem piłki nożnej. Zwróć uwagę, że nawet Neymar teraz leczy swój uraz w Brazylii. W każdym razie w tamtym czasie potrzebowałem cztery tygodnie, aby w pełni się wyleczyć, a klub pozwolił mi jedynie na dwutygodniowy pobyt w mojej ojczyźnie. Sugerowałem szefostwu, że potrzebuję więcej czasu, by dojść do pełnej sprawności i nie uda mi się tego osiągnąć w ciągu dwóch tygodni. Ostatecznie zostałem w Brazylii trzy tygodnie. Kiedy wróciłem na początek sezonu do Łodzi, wszyscy mieli już za sobą pierwsze przygotowania i zostałem odstawiony na boczny tor, nie mogłem trenować z kolegami z zespołu. Doszło nawet do tego, że podczas meczu z Manchesterem United na Old Trafford siedziałem jedynie na ławce rezerwowych. Całą tą sytuacją byłem bardzo rozczarowany. Do tego doszedł brak jakichkolwiek negocjacji z większym klubem, które miałem obiecane w kontrakcie. Wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę jestem wolnym graczem. To był główny powód, dlaczego zdecydowałem się odejść.

Być może dziś, będąc bardziej dojrzałym, nie podjąłbym tak drastycznej decyzji, sam nie wiem… Może powinienem zostać w Polsce, postarać się o obywatelstwo, a wówczas zagrałbym w biało-czerwonych barwach podczas mundialu? Kto to wie…

Nie żałujesz, że nie wystąpiłeś w barwach ŁKS-u w europejskich pucharach przeciwko znanym przeciwnikom – Manchesterowi United w eliminacjach do Ligi Mistrzów i AS Monaco w Pucharze UEFA?

Nie, nie żałuję, głównie z powodów, o których przed chwilą wspomniałem. Kwestią, która mnie długo nurtowała, było to, że nie zagrałem w meczu przeciwko Manchesterowi. Pan Ptak nawet wezwał mnie wcześniej do swojego biura, myślę, że z uwagi na fakt, że mój kontrakt dobiegał końca (jeśli się nie mylę, kończył się tydzień przed meczem w Manchesterze)… Zgaduję, że zakładał wówczas, że zamierzam opuścić klub, ale wiedział też z drugiej strony, że jestem zaniepokojony brakiem gry, indywidualnymi treningami bez udziału jakichkolwiek kolegów z zespołu… Podczas pierwszego meczu sezonu siedziałem na ławce. Nawet szkoleniowcy naszych rywali przychodzili do mnie i pytali: – Co się stało? Dlaczego jesteś na ławce? Dla nas to dobrze! Również media rozpisywały się na ten temat… Tak więc poczułem się tą karą bardzo zraniony. Nie wiem, czy była to decyzja trenera, czy kogoś innego… Chciałem grać w lidze, ale Ptak pewnym siebie głosem powiedział mi, bym skoncentrował się na tym, co przed nami, i pojechał do Anglii na mecz z „Czerwonymi Diabłami”. Podkreślał, że na spotkaniu będzie wielu ludzi, którzy będą mnie obserwować. Zdecydowałem zatem, by pojechać do Manchesteru, skupić się na grze i dać z siebie wszystko. Tymczasem okazało się, że na Old Trafford usiadłem na ławce rezerwowych. To bardzo mnie zabolało. Kiedy tylko potwierdziło się, że mój kontrakt dobiegł końca, zdecydowałem się odejść, ale na pewno tego później nie żałowałem.

Jak wyglądała Twoja dalsza kariera piłkarska? W internecie można odnaleźć informacje, że występowałeś w Japonii i Chinach przez kolejne dwa lata, ale nie wiemy, co wydarzyło się później. Czyżbyś skończył grać w piłkę w wieku 26 lat?

Wyjechałem z Polski w sierpniu, w połowie miesiąca byłem z powrotem w Brazylii. Przez 20-30 dni przechodziłem rehabilitację związaną z kontuzją kolana, wykorzystując w 100% fakt, że nie byłem związany kontraktem z żadnym klubem. Po wyleczeniu urazu dzięki kontaktom mojego agenta ostatecznie wylądowałem w Korei. Podpisałem tam trzyletni kontrakt z drużyną Chunnan Dragons, sprowadziłem tam nawet moją żonę, ale na boisku nie szło mi dobrze. Styl gry, jaki tam dominował, opierał się na szybkości zawodników, trzeba było dużo biegać. Trenowaliśmy trzy razy w ciągu dnia. Nie udało mi się tam do końca dobrze zaadaptować.

W drugim roku gry w Japonii po dziewięciu miesiącach pojawiła się propozycja transferu do Chin i zdecydowałem się ją zaakceptować. Pojechałem z moją małżonką zobaczyć miasto, wszystko nam się podobało. Drużyna, do której dołączyłem, właśnie awansowała do pierwszej ligi. Rozegrałem tam dobry sezon, ale ogólny poziom rozgrywek nie był najwyższy. Strzeliłem siedem bramek i miałem pewne miejsce w podstawowej jedenastce. Po zakończeniu kontraktu postanowiłem wrócić do Brazylii. Nie odnowiłem umowy, gdyż trochę rozczarował mnie mój agent, który nie wspierał mnie w codziennych sprawach związanych z zapisami kontraktu. Później trafiłem do Portugalii. Przez miesiąc trenowałem z Academicą de Coimbra, ale ciągle narzekałem na problem z kolanami. To wszystko skłoniło mnie do tego, by w wieku 27 lat powiedzieć: stop. Wkrótce skontaktowałem się z Jorginho, który w przeszłości występował w reprezentacji Brazylii i był moim dobrym kumplem z czasów gry w Japonii. On również znajdował się u schyłku swojej kariery, dlatego zaproponował mi, byśmy razem rozpoczęli pracę jako menadżerowie piłkarscy.

Jeden z moich kolegów z Brazylii miał obsesję na punkcie tutejszych dziewczyn i chciał koniecznie z każdą z nich umówić się na randkę. Tłumaczyłem mu, żeby lepiej skupił się na treningach i że nie jest to odpowiedni moment na flirtowanie i podryw, ale nie chciał mnie słuchać. Jednego dnia podczas zgrupowania wróciłem do pokoju i oczywiście zastałem go w pokoju razem z atrakcyjną Polką. Nieźle się wtedy wystraszyłem, bo w głowie miałem już scenariusz, jak się to wszystko może skończyć! Rodrigo Carbone o nietypowej sytuacji podczas obozu przygotowawczego w ŁKS-ie

Czym Rodrigo Carbone zajmuje się teraz? Pozostałeś przy futbolu?

Od 2002 r., kiedy zakończyłem karierę, aż do 2008 r. byłem zatrudniony jako agent piłkarski, współpracowałem razem ze wspomnianym Jorginho i pewnie znanym wszystkim kibicom w Polsce innym byłym reprezentantem – Bebeto. Następnie pracowałem z moim tatą w Sudanie jako asystent trenera w klubie Al Merrik. Kiedy wróciłem do Brazylii, przyjąłem posadę szkoleniowca młodzieży w klubie z miasta, w którym mieszkam, i pozostaję na tym stanowisku do dziś.

Śledziłeś, jak potoczyła się sytuacja ŁKS-u w kolejnych latach po Twoim odejściu? Wiesz, co dzieje się z klubem teraz?

Od momentu odejścia przez kolejne 2-3 lata regularnie sprawdzałem ligową tabelę, z upływem czasu śledziłem to jednak coraz mniej. Dziś, kiedy surfuję po internecie, zdarza mi się spojrzeć na sytuację w polskiej piłce. Wiem, że ŁKS nigdy potem nie odniósł równie dużego sukcesu. Jeśli się nie mylę, to całkiem niedawno został zdegradowany do 4. ligi i teraz stopniowo się odbudowuje.

A czy utrzymujesz kontakt z dawnymi kolegami z zespołu?

Nie, nie mamy ze sobą kontaktu, sporo komplikuje tutaj bariera językowa. Nie mówię płynnie po polsku. Młodsi chłopcy z Brazylii, którzy grali w szkółce piłkarskiej Ptaka, nauczyli się języka dużo lepiej ode mnie, również ze względu na fakt, że przyjechałem do Łodzi ze swoją żoną, a dodatkowo był ze mną cały czas również tłumacz. Z czasem zapomniałem niemal wszystko, czego nauczyłem się po polsku.

W ŁKS-ie w tamtym czasie nie spotykaliśmy się towarzysko, łączyły nas głównie relacje zawodowe. Oczywiście, po tym jak udało mi się wywalczyć silniejszą pozycję w zespole i zyskać na popularności wśród fanów, doświadczyłem sympatii z ich strony, ale zawsze dotyczyło to boiska i przebiegało w profesjonalny sposób. Nie spotykałem się z nikim poza pracą. Wychodziłem na miasto jedynie z moją żoną i Josuelem, naszym tłumaczem. Nigdy nie miałem przyjacielskich relacji z kolegami z zespołu. Dzisiaj mam na Facebooku wśród znajomych paru kumpli z drużyny, np. Ariela Jakubowskiego czy Rafała Niżnika, ale to wszystko. W sumie sam jestem ciekaw, co u nich słychać. Może mógłbyś mi coś powiedzieć na ich temat?

Kilku Twoich kolegów pracuje lub pracowało w mediach. Tomasz Wieszczycki, Mirosław Trzeciak, Tomasz Kłos byli lub są ekspertami telewizyjnymi.

Miło to słyszeć. A co na przykład u Daniela Dubickiego i Tomasza Cebuli?

Dubicki był później trzykrotnym mistrzem Polski z Wisłą Kraków, ale ogólnie przez dużą część kariery prześladowały go kontuzje. A Cebula akurat zdecydowanie nie należy do ulubieńców kibiców ŁKS-u.

Dlaczego?

Podpadł kibicom, stwierdzając, że niemal wszystkie mecze z mistrzowskiego sezonu były ustawione.

Nie wierzę w to. Jeśli coś takiego miało miejsce, to ja niczego nie widziałem. Pierwszy raz słyszę o tym, co mówisz. To dla mnie wielkie zaskoczenie, że Tomasz powiedział coś takiego. Z mojej perspektywy sprawa jest jasna – mieliśmy wówczas po prostu bardzo dobrych zawodników. Spójrz sam – Bogusław Wyparło, najlepszy bramkarz, z jakim kiedykolwiek grałem. Marek Saganowski występował w reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy i strzelał bramki dla Legii, do tego Mirosław Trzeciak… To był wówczas najlepszy zespół w lidze!

„Piłka Nożna”, największa gazeta piłkarska w Polsce, w kwietniu 2017 r. opracowała ranking 100 najlepszych piłkarzy zagranicznych, którzy występowali w ekstraklasie. Wiedziałeś, że zająłeś w tym zestawieniu 30. miejsce?

Nie miałem pojęcia! Pewnie przez polskie kluby w ostatnich kilkudziesięciu latach przewinęło się z tysiąc obcokrajowców, więc 30. miejsce w takim rankingu naprawdę mnie cieszy. To dla mnie nagroda za poświęcenie i ciężką pracę, jaką musiałem wykonać, by zaadaptować się do nowej kultury i pogody tak odmiennej od tej typowej dla Rio de Janeiro, gdzie dorastałem. Chciałbym podziękować moim kolegom z drużyny, szkoleniowcom oraz panu Ptakowi, gdyż bez nich te sukcesy – indywidualne i zespołowe – nie byłyby możliwe.

Mam dla Ciebie jeszcze jedną ciekawostkę, o której pewnie nie słyszałeś. Dwa lata temu w ŁKS-ie, który występował wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym, grał inny zawodnik z Brazylii, Mauricio Rodrigues. Szybko stał się ulubieńcem kibiców klubu z al. Unii 2, którzy – na Twoją cześć – wołali do niego „Rodrigo”. I dodawali: – Oby tylko grał jak Rodrigo Carbone w 1998!

To dla mnie jeszcze jeden dowód na to, że patrząc z perspektywy czasu, wszystko to, co musiałem poświęcić, by zostać profesjonalnym piłkarzem, było tego warte. Być rozpoznawanym i podziwianym przez kibiców za swoją pracę na boisku i poza nim to świetne uczucie. Zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe, by być uwielbianym przez fanów tylko za to, co prezentuje się na boisku. To niezwykle ważne, by mieć również dobry charakter. Dlatego czuję się mocno dotknięty tym, co mi teraz powiedziałeś, i gorąco dziękuję wszystkim kibicom ŁKS-u!

Kiedy mecz się kończył, musieliśmy opuścić murawę i przejść w towarzystwie fanów do szatni, nie byliśmy od nich zupełnie odseparowani. A że na boisku szło nam naprawdę dobrze i kibice mieli dodatkowe powody do świętowania, to po spotkaniach fali alkoholowych pocałunków od fanów nie było końca. Rodrigo Carbone o niecodziennych relacjach z łódzkimi kibicami

Chciałbyś im coś jeszcze przekazać?

Chcę jeszcze raz podkreślić, że podczas ośmiu lat mojej profesjonalnej kariery to Polska była miejscem, gdzie przeżyłem najlepszy czas pod względem piłkarskim, osiągnąłem największy sukces i odczuwałem ogromne przywiązanie ze strony fanów. Teraz, dzięki temu, o czym wspomniałeś wcześniej, wiem, że byłem jednym z ich idoli w tamtych czasach. Jednocześnie chciałbym im jeszcze raz podziękować za wsparcie i cierpliwość, jaką wykazywali się w rundzie wiosennej, kiedy musiałem rozegrać kilka spotkań, będąc w nie do końca pełnej dyspozycji. Pozdrów ich ode mnie i zapewnij, że o nich pamiętam! Mam nadzieję, że jeśli klub zorganizuje obchody 20. rocznicy zdobycia mistrzostwa Polski, to zostanę na nie zaproszony! To byłby dla mnie wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu! A tak swoją drogą, jeśli chodzi o fanów ŁKS-u, to mam na zakończenie jeszcze jedną ciekawą historię.

Zamieniam się w słuch.

To, co rzuciło mi się w oczy podczas gry w ŁKS-ie na samym początku, to wyjątkowy kontakt z kibicami. Kiedy mecz się kończył, musieliśmy opuścić boisko i przejść w towarzystwie fanów do szatni, nie byliśmy od nich zupełnie odseparowani. Na początku wydawało mi się to trochę dziwne, ale z czasem polubiłem tę interakcję i przejawy sympatii, jakie otrzymywaliśmy od kibiców na każdym kroku. To było fajne uczucie, bo na boisku szło nam naprawdę dobrze, a że indywidualnie również prezentowałem się całkiem nieźle, to szybko stałem się jednym z ulubieńców. A że dzięki naszej postawie kibice mieli dodatkowe powody do świętowania, to po spotkaniach fali alkoholowych pocałunków od fanów nie było końca. O tak, a lot of vodka kisses, tego nie zapomnę do końca życia! (śmiech).

Komentarze
Dam (gość) - 1 miesiąc temu

Super wywiad, więcej takich materiałow prosze.

Odpowiedz
Wojciech Kowalski - 4 tygodnie temu

Dziękujemy :)

Odpowiedz
Vertical (gość) - 1 miesiąc temu

Bardzo fajny wywiad, świetny piłkarz, Rodowici Łodzianie czekaja na powtórzenie tego sukcesu!!!

Odpowiedz
marek (gość) - 4 tygodnie temu

Pamietam jak dzis swietna wrecz perfekcyjna gre Rodrigo jako defenzywny pomocnik To on był głownym architektem mistrzostwa Polski 1998 Wielki szacunek Pozdrawiam wszystkich ktorym lezy na sercu dobro tego jedynego łodzkiego klubu !!

Odpowiedz
Robrto (gość) - 4 tygodnie temu

Bardzo fajny tekst, ten pomysł z uroczystym dwudziestoleciem to dobry pomysł.

Odpowiedz
Andrew (gość) - 4 tygodnie temu

iGol może co tydzień taki cykl wywiadów z zapomnianym graczem z ekstraklasy? Dobrze Wam to wychodzi, przydałaby sie regularnosc.

Odpowiedz
Wojciech Kowalski - 4 tygodnie temu

Ciekawy pomysł, niemniej wymaga systematyczności i przygotowania listy kolejnych rozmówców ;) Ale na pewno będziemy wrzucać więcej takich materiałów!

Odpowiedz
marek (gość) - 4 tygodnie temu

Chciałbym wrocic do tematu uchoronowania z okazji 20lecia zbobycia przez łodzki klub tytułu Mistrza Polski w roku 1998 piłkarzy ktorzy przyczynili sie do tego wielkiego sukcesu całej sportowrj Łodzi !! To jest moj pomysł a teraz czekam na ciekawe propozycjie od internautow a moze redakcja obejmie patronar medialny nad tym pomysłem !! Pozdrawiam

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Możesz zalogować się swoim kontem FB, Twitter lub pisać jako gość.

Najnowsze