Richard Guzmics z miejsca stał się filarem obrony Wisły Kraków i zyskał ogromny szacunek kibiców. Uczynił to nie tylko znakomitą grą, ale też błyskawiczną nauką języka polskiego. Z perspektywy czasu jego transfer pod Wawel okazał się strzałem w dziesiątkę. To właśnie z Krakowa pojechał na legendarne dla Węgrów EURO 2016, by niedługo później ruszyć na podbój chińskiej ekstraklasy w czasach jej największego finansowego rozkwitu. Dziś, już jako agent piłkarski, wciąż z wielkim sentymentem wraca do Polski. W rozmowie z Dominikiem Michalskim Guzmics opowiada o kulisach meczu przeciwko Cristiano Ronaldo, starciach z gwiazdami światowego formatu, szoku kulturowym w Azji oraz planie sprowadzenia pod Wawel kolejnego ulubieńca trybun.
Guzmics to wychowanek Szombathelyi Haladás, w barwach którego przed przenosinami do Polski rozegrał blisko 250 oficjalnych spotkań. Przejście do „Białej Gwiazdy” we wrześniu 2014 roku było dla niego pierwszym zagranicznym wyzwaniem w karierze. Solidny, charyzmatyczny węgierski środkowy obrońca szybko stał się pewnym punktem defensywy Wisły, zamykając swój licznik na 65 występach i jednym golu w Ekstraklasie. W wywiadzie dla iGola, były reprezentant Węgier wraca pamięcią do swoich najpiękniejszych chwil w Krakowie, opowiada o szatni pełnej mocnych charakterów, kulisach historycznego EURO 2016 oraz realiach futbolu na drugim końcu świata.
Dominik Michalski (iGol.pl): Richard, gdy grałeś w Ekstraklasie, imponowałeś tym, jak błyskawicznie nauczyłeś się języka polskiego. Zastanawiam się, ile z tego zostało Ci w pamięci do dzisiaj? Czy wciąż zdarza Ci się myśleć lub mówić po polsku? Jak w ogóle wyglądał Twój proces nauki tuż po transferze?
Richard Guzmics: Na szczęście nadal mówię po polsku bardzo dobrze. Regularnie rozmawiam z moimi polskimi przyjaciółmi i kiedy tylko mogę, wracam „do domu” do Krakowa, gdzie również chodzę na wiele meczów. Miasto i Wisła zawsze będą miały wyjątkowe miejsce w moim sercu. Kiedy przeprowadziłem się do Polski, szybka nauka języka była dla mnie bardzo ważna. Ośrodek treningowy znajdował się około 50 minut drogi od mojego domu, więc ten czas w samochodzie spędzałem na słuchaniu polskich słów i wyrażeń. W szatni uważnie przysłuchiwałem się rozmowom i starałem się uczyć z każdej sytuacji.
Moje wysiłki szybko się opłaciły. Zaledwie osiem miesięcy po przyjeździe jeden z ogólnokrajowych polskich kanałów sportowych spędził cały dzień na kręceniu materiału i wywiadu ze mną, przeprowadzonego w całości po polsku. Nawet dziennikarze byli zaskoczeni tym, jak szybko nauczyłem się języka. Dla mnie nie chodziło tylko o komunikację, ale także o okazanie szacunku krajowi, klubowi i kibicom. Wierzę, że mówienie po polsku pomogło mi szybko się zaaklimatyzować i nawiązać tak silną więź z Polską.
Wielu kibiców w Polsce uważa, że to właśnie w Wiśle Kraków grałeś najlepszą piłkę w życiu. Z perspektywy czasu – czy sam też uważasz pobyt pod Wawelem za najlepszy okres w swojej klubowej karierze?
Bez wątpienia mój czas w Wiśle Kraków był najlepszym i najbardziej pamiętnym okresem w mojej karierze. Wierzę, że grałem tam swoją najlepszą piłkę i przeżyłem chwile, których nigdy nie zapomnę. Nasi kibice zadziwiali mnie na każdym meczu. Pasja, atmosfera i miłość, którą od nich otrzymałem, były naprawdę wyjątkowe. Czasami czułem, że takie chwile były dokładnie powodem, dla którego w ogóle zacząłem grać w piłkę nożną. To również w tym okresie zagrałem na EURO 2016, co było jednym z najdumniejszych momentów w mojej karierze. Znaczyło dla mnie bardzo wiele, że we Francji reprezentowałem nie tylko Węgry, ale także Wisłę Kraków. Jestem też dumny ze swoich osiągnięć w Slovanie Bratysława, ale moje lata w Krakowie były zdecydowanie szczytowym momentem mojej kariery.
Wisła miała wtedy w szatni wiele mocnych charakterów, a Ty współpracowałeś z różnymi trenerami. Kogo z tamtej szatni wspominasz najbarwniej?
Mieliśmy w Krakowie fantastyczną grupę zawodników, z wieloma świetnymi osobowościami. Spośród polskich piłkarzy na pewno wymieniłbym Arkadiusza Głowackiego, Pawła Brożka, Krzysztofa Mączyńskiego i Rafała Boguskiego. Wszystko to były ważne postacie w zespole i wiele się od nich nauczyłem. Nawiązałem też wyjątkowo bliskie relacje z zawodnikami z zagranicy. Denis Popović, Boban Jović, Zdeněk Ondrášek i Petar Brlek tworzyli grupę, która spędzała ze sobą niemal każdy dzień. Regularnie organizowaliśmy wspólne wyjścia i czerpaliśmy ogromną radość ze spędzania czasu razem poza piłką. Wierzę, że ta świetna atmosfera w szatni oraz przyjaźnie, które zbudowaliśmy, miały duży udział w tym, że mój czas w Krakowie był tak wyjątkowy. Zawsze będę wspominał te lata z wielkim sentymentem.
Jesteś w historycznym TOP 3 Węgrów z największą liczbą występów w Ekstraklasie. Zagrałeś w wielu hitach, ale które mecze w barwach Wisły miały dla Ciebie osobiście największy ciężar gatunkowy? Czy były to słynne derby Krakowa, czy może starcia z Legią?
Zarówno derby Krakowa, jak i mecze z Legią Warszawa miały niesamowitą atmosferę. Gdybym musiał wybrać jeden, byłby to prawdopodobnie remis 0:0 z Legią. Choć mecz zakończył się bez bramek, efektowna oprawa „Ave Wisła” przygotowana przez naszych kibiców zostanie ze mną na zawsze. To był piękny widok i klimat – coś, czego nigdy nie zapomnę.
Z Wisły pojechałeś prosto na EURO 2016 we Francji. Dla Węgier to był powrót na wielki turniej po dekadach oczekiwań, wyszliście z grupy. Jakim przeżyciem, czysto ludzkim i sportowym, były dla Ciebie te Mistrzostwa Europy?
EURO 2016 było jednym z największych i napawających mnie największą dumą momentów w mojej karierze. Zapisaliśmy się w historii, wracając na Mistrzostwa Europy po 44 latach i wygrywając naszą grupę – i to mierząc się z Portugalią Cristiano Ronaldo. To, co uczyniło ten czas jeszcze bardziej wyjątkowym, to fakt, że przeżywałem to wszystko jako piłkarz Wisły Kraków. Mam nadzieję, że kibice Wisły byli ze mnie dumni, ponieważ na boisku z dumą reprezentowałem nie tylko Węgry, ale także mój klub i fanów z Krakowa. To coś, czego nigdy nie zapomnę.
Muszę zapytać o ten legendarny już mecz z Portugalią (3:3). Mieliście wtedy fenomenalną linię pomocy z Zoltánem Gerą i Balázsem Dzsudzsákiem w życiowej formie. Nie graliście może w największych klubach świata, ale stworzyliście drużynę, która postawiła się późniejszym mistrzom. Jak wspominasz tamto popołudnie i starcie z Cristiano Ronaldo?
Miałem okazję grać przeciwko Cristiano Ronaldo dwukrotnie w mojej karierze i jest on bez wątpienia jednym z największych piłkarzy w historii futbolu. Jednak na EURO 2016 byliśmy tak skoncentrowani, zmotywowani i dobrze przygotowani fizycznie, że potrafiliśmy nawiązać równorzędną walkę z Portugalią, która ostatecznie została mistrzem Europy. To było niesamowite uczucie być częścią tego legendarnego meczu zakończonego wynikiem 3:3, który do dziś jest pamiętany przez węgierskich kibiców. Bardzo się cieszę, że to spotkanie pozostało tak wyjątkowym wspomnieniem dla tylu ludzi. Pewnego dnia z dumą opowiem o tym niezapomnianym przeżyciu mojemu synkowi.
Na Euro mierzyłeś się nie tylko z Ronaldo, ale też m.in. z Romelu Lukaku. Grałeś także w Chinach w czasie, gdy liga była naszpikowana gwiazdami. Kto tak naprawdę był najtrudniejszym przeciwnikiem, z jakim kiedykolwiek przyszło Ci walczyć?
W trakcie kariery miałem okazję mierzyć się z wieloma napastnikami światowej klasy, w tym z Carlosem Tévezem, Hulkiem, Cristiano Ronaldo, Nanim czy Romelu Lukaku. Gdybym musiał wybrać jednego, byłby to Ronaldo. Jego szybkość i dynamika były niesamowite. Potrafił zerwać się do biegu w mgnieniu oka, przez co był prawie niemożliwy do upilnowania. Mam też ciekawe wspomnienie z naszego legendarnego remisu 3:3 z Portugalią. Pod koniec meczu trafiliśmy nawet w słupek, co mogło wyeliminować Portugalię z turnieju. Gdy rozgrywaliśmy piłkę z tyłu, Ronaldo powiedział do mnie i Gábora Királya, żebyśmy nie zagrywali już do przodu i przestali atakować. To było dość wyjątkowe przeżycie – usłyszeć coś takiego od gwiazdy światowego formatu. Do dziś uśmiecham się, gdy o tym myślę.
Reprezentacja Węgier to zespół, który niesamowicie rozwinął się na przestrzeni ostatnich lat. Jak z perspektywy byłego filaru obrony porównałbyś „Twoją” kadrę z 2016 roku do tej obecnej, prowadzonej przez Marco Rossiego?
Największymi atutami naszej drużyny były jedność, waleczność i niesamowita mentalność zespołu. Dzisiejsza reprezentacja ma więcej zawodników grających w najlepszych ligach Europy i rozwinęła się również pod względem taktycznym. Trudno porównywać te dwie generacje, ale z obu możemy być dumni.
Będąc na fali po świetnym Euro i grze w Wiśle, zdecydowałeś się na transfer do chińskiego Yanbian Funde. Byłeś od razu na „tak”, czy miałeś sporo obaw przed wyjazdem na drugi koniec świata?
Chiński klub wykupił mój kontrakt, co również było wielką pomocą dla Wisły, jako że klub zmagał się wówczas z trudnościami finansowymi. W tamtym okresie w chińską piłkę nożną inwestowano ogromne pieniądze, podobnie jak ma to miejsce dzisiaj w Arabii Saudyjskiej. Sprowadzano gwiazdy światowej klasy, więc niemal co tydzień mierzyłem się z trzema wybitnymi zagranicznymi zawodnikami, których w przeciwnym razie mógłbym spotkać tylko w najlepszych ligach Europy. Pato, Tévez, Oscar, Hulk – a mógłbym wymienić jeszcze wielu innych. Patrząc z perspektywy czasu, wierzę, że ten transfer był właściwą decyzją pod każdym względem, zarówno sportowym jak i finansowym.
Chiny to dla Europejczyka zupełnie inna rzeczywistość. Jak wyglądało zderzenie z tamtejszą kulturą po przylocie? Możesz opowiedzieć o największym szoku kulturowym, jakiego tam doświadczyłeś?
W Chinach doświadczyłem wielu różnic kulturowych. Jednym z największych zaskoczeń było serwowanie psiego mięsa podczas obiadu w formie bufetu dla całej drużyny. Niezwykłe były również ogromne odległości. To olbrzymi kraj i wiele osób może nie zdawać sobie sprawy z tego jak wyglądają realia meczów wyjazdowych w lidze chińskiej. Bywały takie sytuacje, gdzie ze względu na utrudnione połączenia komunikacyjne, wyjazd na spotkanie ligowe mógł oznaczać aż czterodniową podróż. Inna ważna kwestia jest taka, że bardzo mało osób w Chinach mówiło po angielsku, co czyniło codzienne życie wyzwaniem. Z drugiej strony, piłkarze byli traktowani z ogromnym szacunkiem.
Do tego też chciałem nawiązać. Jak w tamtym czasie, w erze wielkich pieniędzy w Chinese Super League, patrzyło się na zagranicznych piłkarzy w szatni i na ulicach? Czy jako stranieri mieliście tam prawdziwy status gwiazd i specjalne traktowanie?
Tak, naprawdę byliśmy traktowani jak gwiazdy, a wokół piłkarzy panowało ogromne zainteresowanie mediów. Za każdym razem, gdy wychodziłem na zewnątrz, kibice natychmiast podchodzili po zdjęcia i autografy. Prawdopodobnie rozdawałem autografy lub pozowałem do zdjęć 30–40 razy dziennie. Choć nigdy nie uważałem się za gwiazdę, było to bardzo wyjątkowe doświadczenie. Na początku ta uwaga wydawała się niezwykła, ale oczywiście było to cudowne uczucie.
Na koniec powiedz nam, jak dziś wygląda Twoje życie? Czym obecnie się zajmujesz? Zostałeś przy futbolu w jakiejś innej roli, czy całkowicie odciąłeś się od piłki na rzecz innych pasji?
Oczywiście, zostałem przy piłce nożnej. Obecnie pracuję jako agent piłkarski i buduję własną agencję, GR Football Management. Mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się sprowadzić do Krakowa zawodnika, który stanie się ważną częścią Wisły i ulubieńcem kibiców. Znaczyłoby dla mnie bardzo wiele, gdybym mógł przyczynić się do sukcesu klubu, który wciąż zajmuje tak wyjątkowe miejsce w moim sercu.
Richard, bardzo dziękuję za poświęcony czas i udział w rozmowie. Życzę powodzenia w rozwoju agencji oraz wielu udanych transferów – ze szczególnym uwzględnieniem tych w kierunku Krakowa.
Dziękuję bardzo! Będę nad tym ciężko pracował. Trzymam kciuki za Wisłę i pozdrawiam wszystkich polskich kibiców.











