Powrót Gheorghe Hagiego na ławkę trenerską reprezentacji Rumunii to nie tyle powrót legendy, co zmiana ideologii taktycznej. To rewolucja rumuńskiego futbolu, która ma przywrócić mu dawny, magiczny blask z mistrzostw świata 1994 roku. Tymczasem rzeczywistość wita rumuńską legendę zimnym prysznicem. „Tricolorii” podchodzą do Ligi Narodów z kibicowskim sceptycyzmem, brakami w formacji ofensywnej, sporymi kontrowersjami co do powołań oraz spekulacjami o eksperymentalnym przejściu na trójkę obrońców. Prześwietlamy nadchodzącego rywala „Biało-czerwonych”. Czy wciąż mamy się czego obawiać?
Rumunia i jej polityka kadry. Nepotyzm czy twarda hierarchia?
Rumunia na stanowisko trenera zdecydowała się w tym roku zatrudnić legendę. Gheorghe Hagi ma w Rumunii status niemal sakralny. Wyniki szybko jednak weryfikują, a kibice nie wybaczą najmniejszych błędów nawet tak szanowanej postaci w świecie rumuńskiego futbolu. Nastroje wokół kadry są obojętne, a nawet chłodne. Część kibiców „Tricolorii” otwarcie deklaruje, że nie mają wobec swoich piłkarzy większych nadziei, a niektórzy wręcz mówią, że prawdopodobnie nie obejrzą nadchodzących meczów. Opublikowana lista powołanych dolała jedynie oliwy do ognia.
Największą sensacją jest brak powołania dla Ianisa Stoicy. 23-letni napastnik przeżywa obecnie kulminacyjny moment w swojej karierze. W trwającym sezonie Ligi Portugal trafiał dla Estreli już czterokrotnie i dwa razy asystował – wszystko to w siedmiu meczach. Do jego najlepszych spotkań należą te z Rio Ave, gdzie uratował remis (gol i asysta), czy ten z Bragą, gdzie jego dublet zapewnił zwycięstwo zespołowi z Amadory. Podobny los spotkał Mariusa Corbu. 24-letni pomocnik gra na co dzień w węgierskim Ferencvaros. Rumun był kluczową postacią w eliminacjach do Ligi Europy w zespole. Nie dostał jednak powołania do szerokiej kadry „Tricolorii”.
Hagi postawił na sprawdzonych zawodników. Nieoficjalnie mówi się, że selekcjoner reprezentacji Rumunii buduje sztywną hierarchię i daje do zrozumienia, że kilka dobrych meczów w klubowej piłce to za mało, by zyskać w oczach trenera. Kibiców takie postulaty mało jednak obchodzą. Fani chcą oglądać graczy w formie, którzy faktycznie mogą coś dać swojej reprezentacji.
Gorycz wśród fanów jest jednak jeszcze większa. Miejsce w szerokiej kadrze znalazł bowiem syn selekcjonera Rumunii – Ianis Hagi, zawodnik Alanyasporu. Syn legendarnego „Maradony Karpat” od dłuższego czasu zmaga się z wahaniami formy. Choć zawodnik spełnia funkcję w zespole swojego ojca, to w państwowych mediach padają zarzuty o nepotyzm. To kolejny kamyczek do ogródka w tej i tak już rozpalonej do czerwoności atmosferze. Pojawiają się też jednak zwolennicy syna legendy w kadrze, którzy argumentują, że Ianis Hagi z godłem na piersi od zawsze grywa solidnie, mimo często mieszanej formy klubowej.
Projekt w budowie i trójka z tyłu
Choć Gheorghe Hagi jest znany jako doktryner formacji 4-3-3, wieści z obozu rywala donoszą o sensacyjnym zwrocie – selekcjoner chce wdrożyć ustawienie z trójką obrońców. Jest to wciąż nowa i niesprawdzona w bojach taktyka.
– Wygląda na to, że trener Hagi będzie stosował ustawienie z trójką obrońców, a to dla Rumunów ciągle nowa taktyka, ale nie da się ukryć, że ofensywa kuleje. Wielu zawodników nie gra regularnie w klubach. Jeden z liderów zespołu Denis Man poszedł w PSV Eindhoven w odstawkę. Darius Olaru nie gra w Belgii, Daniel Birligea, w sumie jedyna najgroźniejsza „dziewiątka”, nie gra we Włoszech. Valentin Mihaila jak nie leczy kontuzji, to wygrzewa ławkę. Tak naprawdę „Tricolorii” nie mają czym za bardzo straszyć. Jeszcze defensywa prezentuje się w miarę solidnie, ale im wyżej, tym gorzej. Morale mogą być teoretycznie wysokie, ale ostatnie miesiące nie były dla Rumunów łatwe – słabe eliminacje, przegrany baraż z Turcją. Jeden z kibiców rumuńskich powiedział mojemu znajomemu, że „zobaczy po trzech meczach, czy warto tę reprezentację obejrzeć”. Niewiele się po niej raczej sympatycy spodziewają. Na papierze nie mamy czego się bać, ale wiadomo, jak to bywa w piłce – mówi Paweł Kiełbus z portalu Z autu, ekspert rumuńskiej piłki.
Atak pozycyjny i posiadanie piłki
Filozofia taktyczna Hagiego zakazuje dalekich wykopów. Akcje mają być zawiązywane spokojnie i cierpliwie – od własnego pola karnego. Kluczową rolę w zespole legendy Rumunii odgrywa pewny bramkarz Celty Vigo – Ionuț Radu. Fundamentem rozegrania jest zadanie głęboko cofniętej „szóstki”, która musi odnaleźć się pod naciskiem rywali i zagrać celne podanie łamiące linie. Boczni obrońcy reprezentacji Rumunii (głównie Andrei Rațiu z Rayo Vallecano oraz Nicușor Bancu z Universitatea Craiova) wychodzą bardzo wysoko, operując na wysokości skrzydeł. Nominalni skrzydłowi starają się operować w tym czasie w półprzestrzeniach.
Gegenpressing i wysoka linia
Po stracie piłki Rumuni nie cofają się do niskiego bloku. Stosują agresywny doskok do futbolówki na połowie rywala. Aby ten mechanizm działał poprawnie, linia obrony podchodzi niemal pod same koło środkowe boiska.
Nowy system i ryzyko
Przestawienie formacji na trójkę defensorów tuż przed meczami Ligi Narodów rodzi ogromne ryzyko. Jeśli rywale przełamią pierwszą linię Rumunów przy bardzo wysokim ustawieniu wahadłowych, za ich plecami rodzi się ogromna wyrwa. Wolniejsi stoperzy, w sytuacji błyskawicznej kontry, są wystawieni na ogromne próby.
Rumunia – kadra na wpół gotowa
Analiza poszczególnych linii w formacji Rumunii pokazuje nam kompletny rozstrzał. Od zawodników w życiowej formie po graczy, którzy nie mają w tym sezonie zbyt wielu minut na swoim koncie.
Atak i skrzydła: braki, braki i jeszcze raz braki
Dennis Man: Jeden z liderów reprezentacji Rumunii ostatnich lat wpadł w spory dołek formy. Na początku sezonu w PSV Eindhoven wchodził na kilkanaście minut i pokazywał się bardzo przeciętnie – nie dołożył żadnego „konkretu”. Od ostatnich czterech spotkań jest jeszcze gorzej, bowiem Rumun nie podnosi się już nawet z ławki rezerwowych. Dennis Man musi liczyć na odbudowę formy podczas maratonu Ligi Narodów. To ryzykowne zagranie, lecz Gheorghe Hagi nie ma zbyt wielu alternatyw na prawym skrzydle.
Daniel Bîrligea: Nominalna „dziewiątka”, która po przejściu do Frosinone wygrzewa ławkę rezerwowych. Kolejny ofensywny zawodnik, który formy musi szukać podczas meczów Ligi Narodów. Najgroźniejsza „dziewiątka” reprezentacji Rumunii znajduje się obecnie w bardzo słabej formie.
Valentin Mihăilă: Następny gracz pod formą z formacji ofensywnej. Nie wystąpił w żadnym sparingu przedsezonowym swojego zespołu – tureckiego Rizesporu. Dwie kolejki temu otrzymał szansę w wyjściowym składzie od trenera, Recepa Ucara. Zaprzepaścił ją jednak w najgorszy możliwy sposób. W 43. minucie otrzymał bezpośrednią czerwoną kartkę. To już trzeci ofensywny zawodnik, który musi poszukiwać swojej formy w meczach Ligi Narodów.
Denis Drăguș: Doświadczony w reprezentacji, nowoczesny snajper. Jego forma od ostatnich dwóch sezonów jest bardzo mizerna i stawia wiele znaków zapytania. Ma za sobą całkowicie bezbarwny sezon w Turcji (Eyupspor i Gaziantep), podczas którego nie trafił ani razu do siatki i zaliczył zaledwie jedną asystę. Niedawno powrócił do Rumunii, podpisując kontrakt ze FCSB Bukareszt. W nowym klubie jak na razie rozegrał jedynie 61 minut w dwóch meczach i wciąż szuka przełamania.
Gheorghe Hagi ma więc zagwozdkę w wybieraniu formacji ofensywnej. Czy wciąż zaufa nazwiskom, które dawały Rumunii liczby w przeszłości, ignorując głosy krytyków? A może posłucha głosu fanów i postawi na Louisa Munteanu i Olimpiu Morutana – jedynych powołanych, ofensywnych zawodników, którzy w klubach robią liczby? Druga opcja jest dużo mniej prawdopodobna, gdyż Hagi, z jego piłkarską filozofią, prawie na pewno kieruje wzrok na doświadczenie w starciu z fizyczną Szwecją czy pragmatyczną Polską.
Środek pola i obrona: filar zespołu
Răzvan Marin: Środkowy pomocnik AEK Ateny jest obecnie filarem, na którym Gheorghe Hagi musi oprzeć całą jedenastkę Rumunii. Trzy gole i cztery asysty na początek sezonu. Jedno z trafień było kluczowe dla zespołu ze stolicy Grecji – bezpośrednio z rzutu wolnego, dające zwycięstwo nad LASK Linz w Lidze Mistrzów.
Radu Drăgușin: Stały bywalec środka obrony Fiorentiny – rozegrał od deski do deski wszystkie dotychczasowe mecze ligowe. Ma na koncie w tym sezonie już dwie asysty, aczkolwiek „Viola” straciła na start rozgrywek już 11 bramek. To wskazuje, że choć Rumun ma wyrobioną reputację w zespole z Florencji, to wciąż musi pracować nad błędami indywidualnymi.
Nicolae Stanciu: Mimo obrania egzotycznego kierunku w postaci ligi chińskiej, doświadczony pomocnik wciąż pokazuje się z bardzo dobrej strony. W 23 meczach dziewięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców i zanotował cztery asysty. 33-latek wciąż pozostaje śmiertelnie groźny zarówno przy strzałach z dystansu, jak i z rzutów wolnych.
Andrei Burcă: Drugi z Rumunów, który obrał chiński kierunek. Obrońca rozegrał komplet minut w meczach ligowych od sierpnia, w większości meczów ma powyżej 90% celności podań i jest bardzo pewny przy wybiciach z własnego pola karnego.
– Weterani Nicolae Stanciu i Andrei Burca może grają w Chinach, ale trzymają szatnię. Dużo do powiedzenia w zespole ma bramkarz Ionut Radu. Koledzy mają zaufanie do kogoś, kto radzi sobie w La Liga. Do regularnej gry wrócił Radu Dragusin, na komplementy u Jose Mourinho zasłużył sobie ostatnio Andrei Ratiu, ale obecnie największe wrażenie na mnie robi Razvan Marin. Ten środkowy pomocnik po słabym okresie w Serie A dołączył do AEK Ateny. Gra wszystko od deski do deski, prawie w każdym meczu ma jakiś konkret w ofensywie, a do tego występy w Lidze Mistrzów zaczął od fenomenalnego gola z rzutu wolnego w meczu z LASK Linz. I to wokół niego może być ta nowa drużyna obecnie budowana – podkreśla Kiełbus w rozmowie z naszym portalem.
Ekstraklasowe akcenty
Z powołań wynika, że Gheorghe Hagi wnikliwie obserwuje nasze polskie podwórko. Wśród powołanych bramkarzy znalazło się aż dwóch przedstawicieli PKO Ekstraklasy, obaj w bardzo dobrej formie. To oczywiście Otto Hindrich z Legii Warszawa oraz Valentin Cojocaru grający w barwach szczecińskiej Pogoni. W bloku obronnym zabrakło ostatecznie miejsca dla Bogdana Racovițana – podstawowego stopera Rakowa Częstochowa. Warto również w tym miejscu odnotować Virgila Ghiță. Obecnie zawodnik niemieckiego Hannoveru 96, który niegdyś biegał po ekstraklasowych boiskach w barwach „Pasów”.
Zdecydowanie najlepszą formą z ekstraklasowej trójki może poszczycić się golkiper stołecznego klubu. Otto Hindrich niejednokrotnie ratował skórę warszawskiej Legii. Ponad 65% celnych podań pokazuje, jak dobrze Rumun gra nogami. Do tego kosmiczne 84% skuteczności obron. Bez wątpienia najlepszy obecnie rumuński gracz ekstraklasowych boisk.
Sprawdziany przed Polską: Szwecja oraz Bośnia i Hercegowina
Oficjalny debiut na dużym turnieju Gheorghe Hagiego przyniósł spore rozczarowanie. Zgodnie z zapowiedziami, legenda Rumunii wystawiła na spotkanie ze Szwecją formację z trzema stoperami. Mecz przyniósł spore rozczarowanie, a eksperymentalne ustawienie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów i „Tricolorii” ulegli w Solnej 1:2. Mimo trafienia Dennisa Mana, rumuńskie media nie pozostawiły suchej nitki na swoich rodakach, wprost mówiąc, że ci „przespali mecz”, byli bezbarwni (szczególnie w drugiej połowie) i zachowawczy. Warto również wspomnieć o skandalu, do którego doszło na trybunach – fani przyjezdnych w trakcie meczu wyrywali krzesełka i demolowali sektor gości na Strawberry Arena. Hagi miał na temat gry nieco odmienne od rumuńskich dziennikarzy zdanie. Według selekcjonera Rumunii, ci mieli wręcz bardzo dobre fragmenty i mogli „ukąsić” Szwedów:
– Zmierzyliśmy się z rywalem o udowodnionej klasie; grali u siebie i mieli większą kontrolę nad przebiegiem meczu. Chcieliśmy osiągnąć więcej, ale zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Mieliśmy bardzo dobre fragmenty gry w posiadaniu piłki – kiedy ją wymienialiśmy, rozgrywaliśmy i przyspieszaliśmy tempo – momenty, w których mogliśmy zdobyć dwie czy trzy bramki. Jest jeszcze sporo do zrobienia; to oczywiste, że czeka nas praca i musimy pewne rzeczy zmienić – podsumował Hagi po meczu. Przetłumaczona wypowiedź z rumuńskiego Flashscore.
Hagi dotrzymał słowa i po porażce ze Szwecją porzucił trójkę z tyłu, wracając do ustawienia z czterema obrońcami. Głębokie rotacje i wymiana niemal całej jedenastki w trzy dni przyniosły jednak opłakany skutek. Nowy blok defensywny posypał się od pierwszych minut, straciwszy u siebie aż trzy bramki w pierwszej połowie. Głównym winowajcą klęski został okrzyknięty zapowiadany pewny punkt – bramkarz Ionuț Radu. Mimo goli Daniela Bîrligei i Alexandru Cicâldău, Rumunia uległa Bośni 2:4, a mecz w Bukareszcie okrzyknięto mianem „wstydu, hańby i totalnej kompromitacji”. Po meczu z Bośniakami Gheorghe Hagi zmienił swoją narrację. Uderzył się w pierś i w pełni wziął na siebie odpowiedzialność za wynik:
– Główna wina leży po mojej stronie. Zaplanowałem te dwa mecze – a także pozostałe w terminarzu, ale zwłaszcza te dwa – z myślą o budowaniu siły i wytrzymałości niezbędnych do sprostania tempu oraz intensywności europejskiego futbolu. Wygląda na to, że popełniłem błąd, i biorę za to odpowiedzialność – Gheorghe Hagi po meczu z Bośnią. Tekst przetłumaczony z rumuńskiego Flashscore.
Recepta dla Polski. Jak wypunktować Rumunów?
Reprezentacja Polski musi bazować przede wszystkim na tym, że Rumunia może wystawić formację z trzema obrońcami lub testować kolejne taktyczne zagrywki. Liga Narodów będzie pod tym względem poligonem doświadczalnym dla Gheorghe Hagiego. Jeśli Polacy będą zagrywać szybkie, prostopadłe podania, może to zbyt obnażyć brak zgrania oraz asekuracji, co będzie tworzyć dogodne sytuacje podopiecznym Jana Urbana. W meczu z Bośnią zabrakło u naszych „Orłów” decyzyjności, a to właśnie tym musimy zaskoczyć Rumunów.
Najważniejszym punktem, który nasza reprezentacja musi spełnić, jeśli chce poważnie zagrozić Rumunom, jest wyłączenie Răzvana Marina. Należy błyskawicznie zaatakować wolne przestrzenie szybkimi zawodnikami i wykorzystać brak formy skrzydłowych reprezentacji Rumunii. Należy również uważać przy stałych fragmentach gry. Uderzenia z martwej piłki Răzvana Marina czy Nicolaea Stanciu dalej mogą być niezwykle skuteczną, a nawet jedyną groźną bronią „Tricolorii”.
Podsumowując – rywale Polski mają obecnie mieszane morale. W szatni naszych rywali panuje przyjazna atmosfera i każdy wspiera się nawzajem. Lecz wokół sympatyków panuje powszechny sceptycyzm, a po meczach ze Szwecją oraz Bośnią kompletna furia. Co ciekawe, nad Wisłą nastroje wcale nie odbiegają znacząco od tych w Bukareszcie – polscy kibice również tracą cierpliwość do własnej kadry, a presja na wynik jest ogromna. Niedawne rezultaty reprezentacji Rumunii nie muszą być tak dobrym prognostykiem dla Polski, jak może się wydawać. Obie drużyny bowiem będą grały o przełamanie, a ani Rumunii, ani Polsce nie uśmiecha się gra w dywizji C.
– Miałem okazję rozmawiać z kilkoma rumuńskimi dziennikarzami. Wnioski są dla nas pozytywne. Rumuni prawie nie grają na dużych turniejach. Stąd Polskę uważa się za drużynę przewyższającą ich pod względem zespołowym i indywidualnym. Jest świadomość naszej przewagi, przynajmniej na papierze. Z drugiej strony, nikt nie zamierza się przed nami położyć i prosić o minimalną karę. Kibice wierzą, że przy odpowiednim nastawieniu oraz organizacji zespół może sprawić niespodziankę. Jest respekt, ale na pewno nie strach. To byłoby sprzeczne z ich narodową dumą – podsumowuje ekspert rumuńskiej piłki, Paweł Kiełbus.










