Remontada Lecha w wybitnym widowisku. Kłopoty Rakowa


Najlepszy mecz w sezonie? Mamy mocnego kandydata. Lech Poznań pokonuje 4:3 Raków Częstochowa. Wydarzyło się absolutnie wszystko.

2 marca 2026 Remontada Lecha w wybitnym widowisku. Kłopoty Rakowa
Dariusz Skorupiński

2,77 xG Lecha Poznań, 1,93 – Rakowa Częstochowa. 24 strzały „Kolejorza”, 14 „Medalików”. Pięć żółtych kartek, kilka interwencji systemu VAR, siedem goli. Robi wrażenie, prawda? Tej historii nie da się jednak opowiedzieć w liczbach. Napisały ją ekipy Nielsa Frederiksena i Łukasza Tomczyka przy Bułgarskiej, w pierwszą niedzielę marca. Mecz sezonu. Absolutne kino.


Udostępnij na Udostępnij na

Lech Poznań – Raków Częstochowa. Kuriozalny błąd na dzień dobry

Najpierw Michał Gurgul popełnił błąd przy rozegraniu, Patryk Makuch dzięki temu dopadł do piłki, wyszedł jeden na jednego z Bartoszem Mrozkiem, który w obronie własnej bramki sfaulował ofensywnego pomocnika. Decyzja mogła być jedna, Frankowski wskazał na jedenasty metr z którego pewnie uderzył Jonathan Braut Brunes. Mija parę minut, Ali Gholizadeh oddaje strzał, który odbija się od ręki Ariela Mosóra. Arbiter pierwotnie nie przerywa gry, po wysłuchaniu opinii z wozu VAR podejmuje decyzje i wskazuje na jedenasty metr dla „Kolejorza”. Futbolówkę ustawia Mikael Ishak i pewnie wyrównuje. Minuta trzydziesta szósta – Karol Struski wrzuca do Brunesa, Norweg z szansą na powiększenie dorobku bramkowego – tym razem interweniuje Bartosz Mrozek, piłka jednak odbija się od niego, ląduje pod nogami Jeana Carlosa. „Medaliki” wracają na prowadzenie.

Gola do szatni ustrzelił Luis Palma po świetnej asyście Ali Gholizadeha, którego to obsłużył technicznym, kapitalnym zagraniem Pablo Rodriguez. Przerwa, doskonały czas na zażycie tabletek na nadciśnienie i impreza nie zwalnia. Dziesięć minut ostrzału „Kolejorza” zaowocowała kolejną znakomitą akcją. Ali Gholizadeh zagrywa na dobieg do Mikalea Ishaka, broni Oliwer Zych – piłka odbija się od bramkarza, przy niej trochę niespodziewanie znajduje się Antonio Milić. Doświadczony Chorwat z zimną krwią strzela, Lech Poznań po raz pierwszy w tym meczu jest na prowadzeniu. Na liczniku pięć goli, a nie minęła nawet godzina gry.

Niecałe 20 minut ekstazy przy Bułgarskiej, bo jak piłkę do rzutu wolnego ustawia Ivi Lopez, już podświadomie czuje się, że zaraz padnie gol. I tak było. Show trwało dalej. Wydawało się, że może teraz karuzela zatrzyma, ale nie, skądże. Raków znów uwierzył, że może wygrać i miał ku temu logiczne uzasadnienie – strzelili w tym meczu już trzy gole, to jakim problemem będą kolejne?

Lech Poznań – Raków Częstochowa. Płomyk nadziei w obozie gości zgaszony w parę minut

W 80 minucie Jean Carlos przerzuca futbolówkę do Marko Bulata. Środkowy pomocnik zagrywa jakby w kierunku bramki, ale to ciało Stratosa Svarnasa zmienia tor lotu futbolówki. Ta znajduje się w siatce. Piłka zostaje ustawiona w centrum boiska, ale czekamy. Czekamy, czekamy, czekamy i nasze oczekiwanie ciągnie się w nieskończoność. Trochę jak na dworcu, gdy opóźnia się nam pociąg, pierwotne 5 minut zamienia się kolejno w 10, 15, 20, a każde przypomnienie z megafonu o tym, że opóźnienie może ulec zmianie drażni nas coraz bardziej. Wyczekiwanie na werdykt sędziego Bartosza Frankowskiego zakończyło się podniesieniem kącików ust ponad 26 tysięcy kibiców Lecha Poznań zgromadzonych przy Bułgarskiej. Sędzia z Torunia orzekł, że gola nie ma, był spalony. Bardzo minimalny.

Zaczynamy 90 minutę spotkania. Pierwsza z sześciu (jak się później okazało 6, zamieniło się jednak w 11) doliczonych minut. Bardzo ładna wrzutka Aliego Gholizadeha, piłka leci w pole karne, na jej drodze gdzieś zakręcił się Michał Gurgul, przelatuje między Marko Bulatem a Bogdanem Racovitanem, wpada pod nogi ustawionego tyłem do bramki Yannicka Agnero. Bez zbędnych kalkulacji, podań, żmudnego budowania akcji, obracania się – pięta Iworyjczyka idzie w ruch i tak się składa, że wpada po prawym słupku. Gol dziwny, jego autor totalnie niespodziewany. Agnero zadecydował o zwycięzcy. Okrzyki „Kolejorz, Kolejorz!” usłyszał cały stadion, decybelomierz wskazywał coraz większe wartości, ale przecież trudno się dziwić.

Mieliśmy wszystko

I uwierzcie mi, gdzieś pomiędzy golami, wideoweryfikacjami systemu VAR, rzutami karnymi, padło co najmniej kilka groźnych ładnych strzałów. Raz poprzeczka, potem kapitalna interwencja Oliwiera Zycha. Tu strzał nad bramką, chwilę później refleks i kunszt Bartosza Mrozka ratują Lecha. Nikt nikomu nie pozwolił na zawłaszczenie tego meczu. Był teatrem dwóch najwytrwalszych ambasadorów Polski w europejskich pucharach. Był najlepszą możliwą reklamą Ekstraklasy. Prawie w każdej minucie tego widowiska można było się zakochać, a co najmniej zauroczyć.

Tak jak wspomniałem, trudno uczepić się bramkarzy. Gdyby Lech Poznań ten mecz zremisował lub przegrał – może należałoby mieć delikatne pretensje do Bartosza Mrozka za to, że pozwolił na gola Jeana Carlosa Silvy. Oliwier Zych był za to bezbłędny. Wytrzymał napór, zrobił co mógł, życie takie jest, że nie zawsze to wystarcza.

Niezły Diaby-Fadiga, solidny mecz Brunesa i Lopeza, Makuch zrobił, co mógł

Sporo dało wejście Lamyego Diabyego-Fadigi. Widać było zapał, zaangażowanie w grę, lekkość w poruszaniu się na boisku. Pod koniec meczu ktoś taki był potrzebny. Dużo dał Jean Carlos. W pierwszej połowie walecznością, aktywnością w pressingu wyróżniał się Patryk Makuch – po nieudanym wyprowadzeniu Gurgula, był na miejscu, wywalczył rzut karny. Brakowało czasem jakości i pewności siebie Ameyawa, zwłaszcza w polu karny. W środku pola dobrze spisywał się Karol Struski. Zanotował 93% celnych podań, jedno kluczowe podanie, wygrał 2 na 3 pojedynki. Dawał najwięcej jakości w środku pola. Oskar Repka był mało widoczny i nie wniósł tyle, co partner ze środka pola.

Dobry występ Brunesa i Lopeza – oba z nich przypieczętowane bramką. Najmocniejszym argumentem „Medalików” w tym meczu był pressing. Lech im dłużej rozgrywał piłkę pod własną bramką, tym miał większe kłopoty. Gole Rakowa z pierwszej połowy to kary za frywalność pod własną bramką. Jeśli chodzi o zadania defensywne, na ten mecz nie dojechał ani Michał Gurgul, ani Robert Gumny. Raków miał na bokach boiska autostradę. Więcej jakości na prawej obronie „Kolejorza” zobaczyliśmy po wejściu na plac gry Joela Pereiry. Nie był on dziś głównym bohaterem, ale uczestniczył w kilku groźnych sytuacjach, nie popełnił większych błędów.

Ali Gholizadeh najjaśniejszą gwiazdą

Świetny występ zaliczył za to Ali Gholizadeh. Po raz kolejny pokazał, że jest magikiem. Luz z piłką przy nodze, nieuchwytność, boiskowy spryt, mądrość i dokładność jego zagrań czynią z niego jednego z lepszych piłkarzy ligi. Jeżeli będzie mu zdrowie dopisywać, to on będzie ciągnął Lecha w stronę mistrzostwa.

Odblokował się Luis Palma. Dziś mniej zaciekłego indywidualizmu, więcej pragmatycznej gry. Opłaciło się, Honduranin strzelił gola, Raków musiał się z nim namęczyć.

Pablo Rodriguez żadnej cyferki na swoje konto nie zapisze, ale maczał palce w niemal każdym golu Lecha. Czasem wystarczy jedno dotknięcie piłki, by zmienić pozornie zwykłą akcję w coś, co momentalnie podnosi defensywę i bramkarza na nogi. Dodajmy mentalność. Jego „sportowa złość” może wkurzać, ale samozaparcie i determinacja imponuje. Wywalczy faul, żeby utrzymać piłkę zrobi absolutnie wszystko – podobnie zresztą jak Luis Palma, tylko zagrania Hiszpania nie są aż tak wyszukane, nie robią aż takiego „wow”. Wciąż czasem brakuje skuteczności, ale już i tak jest o niebo lepiej niż jesienią.

Lech Poznań – Raków Częstochowa. Kolejorz pokazuje mistrzowską mentalność, coraz mniej czasu ma Raków

Lech Poznań wygrywa to naprawdę emocjonujące starcie. Pokazuje mentalność, gra jak mistrz Polski i wysyła sygnał Jagiellonii, że też tu jest, zmienił się i jest gotów wykorzystywać okazję od losu. W szeregach „Kolejorza” na chwilę obecną jest tyle jakości, tak ogromna psychiczna siła i wydolność, że kto wie – może poznański kibic na dłuższy czas zapomni o wszystkich „mokrych szmatach”, traumach i będzie cieszył się futbolem Lecha i jego pożądaniem zwycięstwa w Ekstraklasie, Pucharze Polski i Ekstraklasie.

A Raków choć pokazuje indywidualną jakość, gotowość do walki, chęć zwyciężania, naprawdę zgrabny pressing – brakuje chociaż punktu. W pięciu meczach rundy wiosennej raz wygrał, zaliczył po dwa remisy i porażki. Niepokoić może także fakt, że jedyne zwycięstwo udało się odnieść nad Bruk-Bet Termalicą Nieciecza. W czwartek „Medaliki” zagrają w Pucharze Polski z Avią Świdnik, ósmego marca z niezwyciężoną od czterech kolejek Pogonią Szczecin, a później już przyjdzie im zagrać w 1/8 finału Ligi Konferencji z Fiorentiną. Czasu na poprawki i przemyślenia dla Łukasza Tomczyka jest zatem bardzo ograniczony.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze