A więc jednak. Wróciły stare czasy, gdy drugi mecz naszych reprezentantów w dużym turnieju można było obwieścić mianem spotkania o wszystko. Gdy wraz z końcowym gwizdkiem zaczynamy szukać w internecie algorytmów, które zaprowadzą nas do kolejnej rundy. Niestety, wszystkie te wyliczenia w końcowym rozrachunku nijak się mogą przydać, jeśli na boisku zabraknie argumentów. A tych Polacy po dzisiejszym spotkaniu mają stosunkowo niewiele.
Jeszcze na dobre nie rozpoczęły się przygotowania do tego meczu, a już było o nim głośno. Oczywiście nie z powodu naszej doskonałej dyspozycji, lecz wydarzeń, które wręcz zdominowały tzw. środowisko, dzieląc je zresztą skutecznie na zwolenników i przeciwników Krystiana Bielika. Tak, smutna prawda polega na tym, że my na ten mecz czekaliśmy długo, jednak niekoniecznie tylko z powodu sympatii do naszej drużyny. Z pewnością część widzów nie tyle zerknęła dziś na Lublin, by ujrzeć na boisku odmienioną, wygrywającą drużynę, lecz znaleźć potwierdzenie swoich i tak już wydanych tez:
- Że Marcin Dorna nie ma żadnego warsztatu szkoleniowego.
- Że jego filozofia to laga i wyjazd do przodu.
- Że cała ta kadra to banda rozpieszczonych gwiazdeczek, z których właściwie tylko Karol Linetty powąchał gry na wysokim poziomie.
- I w końcu, że powracający Kownacki to w gruncie rzeczy przereklamowana gwiazdeczka.
Na które z powyższych stwierdzeń dziś odnaleziono twarde dowody?
„Trzeba grać agresywnie!”
Jakkolwiek słuszne lub bzdurne byłyby powyższe stwierdzenia, ich efektu trudno było nie zauważyć od początku spotkania. Nasi kadrowicze od pierwszych minut rzucili się na Szwedów nabuzowani mniej więcej tak samo jak stadionowi patrioci na starciach 11 listopada. Intensywny pressing, duża aktywność i chęć do gry musiały od początku napawać nas wszystkich optymizmem. Z przyjemnością obserwowało się również grę naszej drużyny w bocznych strefach, w których od początku obrońcy starali się podłączać do akcji ofensywnych. Ukoronowaniem z kolei tego pozytywnego okresu naszej gry była bramka Łukasza Monety po świetnej akcji Dawida Kownackiego. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że w tym momencie:
- a) Wystrzeliły korki od szampana w pewnym poznańskim gabinecie.
- b) Wystrzeliły korki od szampana u wierzycieli pewnego śląskiego potentata.
- c) Wystrzeliły korki od szampana w gabinecie prezesa Patermana.
W tym miejscu chcielibyśmy nawet zakończyć relację. Niestety, na zegarze upłynęło dopiero 10 minut.
Roast Dawidowicza
Niedługo przyszło nam czekać na pierwsze zgrzyty w drużynie Marcina Dorny. Kolejne minuty upływały, a wraz z nimi w ekstremalnie szybkim tempie ulatywała mobilizacja „Biało-czerwonych”. Już po 20 minutach Tomasz Hajto zaczął wykrzykiwać do mikrofonu uwagi na temat intensywności naszej drużyny, posądzając zawodników… o grę na czas. Na nasze nieszczęście to było dopiero preludium do prawdziwego show, jaki wkrótce komentator Polsatu miał zaoferować całej publice.










