Nie tak miała wyglądać europejska przygoda ofensywnego pomocnika. Real Madryt sprowadzał go w styczniu 2020 roku, wierząc, że będzie kolejną gwiazdą z kraju kawy. Miał być magikiem na boiskach Starego Kontynentu, tymczasem zupełnie nie spełnia oczekiwań. Wydaje się, że w Dortmundzie jest już skreślony, a w Madrycie przestają wierzyć, że wydane 30 milionów euro się zwróci.
Prezes Realu Madryt, Florentino Perez, obiecał sobie, że nie przeoczy kolejnej perełki z Brazylii. Przed laty nie poznał się na talencie Neymara i nie chciał popełnić tego błędu ponownie. Skutkiem tego było sprowadzenie trzech młodych Brazylijczyków w ciągu niespełna dwóch lat. Najpierw Vinicius Junior, później Rodrygo, aż w końcu przyszedł czas na Reiniera.
Reinier z motyką na słońce
Reinier podpisał kontrakt z „Królewskimi” 20 stycznia 2020 roku, dzień po swoich osiemnastych urodzinach. Ale co z tego, spytacie? Przecież zarówno Vinicius Junior, jak i Rodrygo przechodzili do Madrytu w podobnym wieku. Problem w tym, że byli oni znacznie bardziej doświadczeni niżeli najmłodszy z Brazylijskiego zaciągu. Jak to?
Otóż Vinicius Junior w momencie transferu miał rozegrane niemalże 50 spotkań w dorosłej drużynie Flamengo, Rodrygo również miał na koncie podobną liczbę meczów w Santosie. U Reiniera sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, rozegrał zaledwie 15 spotkań w seniorskim zespole, na co złożyło się zaledwie 727 minut. Mało, bardzo mało.
Jasne było, że w Realu Madryt nie ma dla niego miejsca na ten moment. Konkurencja na jego pozycji była zbyt silna, a brak europejskiego paszportu sprawiał, że „Królewscy” nie mogliby go zgłosić do rozgrywek. Klub starał się zorganizować mu wypożyczenie, według doniesień hiszpańskich mediów zawodnik odrzucił kilka ofert i wybrał propozycję dwuletniego wypożyczenia do Borussii Dortmund, w której… nie gra.
Za wysokie progi na Reiniera nogi
Przejście do Bundesligi nie dało mu zbyt wiele. Tuż po przyjściu do klubu ówczesny szkoleniowiec, Lucien Favre, stwierdził, że widziałby Reiniera w roli fałszywego napastnika. Ten wariant był próbowany w kilku spotkaniach, a właściwie w końcówkach spotkań, gdyż Brazylijczyk łapał jedynie pojedyncze minuty.
Problemem Reiniera jest system gry, jaki preferuje Borussia Dortmund. Nie ma w nim miejsca dla klasycznej „dziesiątki”, jaką zdaje się Reinier, a jeśli już istnieje taka potrzeba, to na tej pozycji grają Marco Reus czy Julien Brandt. Nie pomaga również fakt, że linia pomocy w klubie z Signal Iduna Park jest bardzo . Oczywiście o ile omijają ją kontuzje.











