Odejście Timo Wernera nie zaskoczyło nikogo – już sporo czasu przed przejściem do Chelsea mówiło się o potencjalnym transferze niemieckiego napastnika. RB Lipsk miał dużo czasu, żeby zaplanować, kto będzie nowym filarem w ataku.
Najgłośniejszym transferem było pozyskanie Alexandra Sorlotha z Crystal Palace. Swoją specyfiką gry bardziej przypomina Yussufa Poulsena, jednak w przeciwieństwie do Duńczyka miał gwarantować worek bramek. Rozejrzano się również po innych klubach spod szyldu Red Bulla. Pozyskano m.in. Hwanga Hee-Chana z Salzburga. Koreańczyk ma bardzo podobny styl do Wernera, a ponadto posiadał całkiem przyzwoity dorobek strzelecki.
Brutalna rzeczywistość Poulsena
Okienko transferowe w wykonaniu drużyny z Lipska wydawało się całkiem udane. Julian Nagelsmann dysponował łącznie trójką niezłych graczy zdolnych do gry na tzw. „dziewiątce”. Wydawało się, że niemiecki menedżer bez problemu coś sklei z tego składu osobowego. Jednak rzeczywistość nie okazała się tak kolorowa.
Na samym początku sezonu „Czerwone Byki” grały z Poulsenem na szpicy. Czysto teoretycznie jego początek był zupełnie niezły. Rosły napastnik zdobył bramkę z Mainz i mimo zaledwie 27 minut na boisku zanotował asystę z mocnym w tym sezonie Bayerem Leverkusen. Wcześniej dobrze zagrał w Pucharze Niemiec przeciwko Nürnberg (w tamtym meczu przyzwoity występ zaliczył też Hwang). Wydawało się, że Duńczyk ma wreszcie szansę wyjść z cienia Wernera i pokazać swój ogromny wkład w grę drużyny. Jednak nadeszła trzecia kolejka Bundesligi i mecz z Schalke 04. Poulsen nie powąchał wtedy murawy. Można to uznać za symboliczny początek jego tegorocznych kłopotów.
W następnym meczu – z Augsburgiem – wszedł na murawę w drugiej połowie i ponownie zdobył gola. Jednak to nie wystarczyło do zdobycia pewnego miejsca w pierwszym zespole. Wieloletni zawodnik Lipska czasami grał, a czasami oglądał mecze z boku boiska. W wyniku tych wszystkich nachodzących na siebie czynników maszynka lekko się zacięła. Po niezłym początku Duńczyk zaczął zdobywać o wiele mniej bramek. Chluby nie przynosi mu też brak gola w Lidze Mistrzów. A to tam Nagelsmann najczęściej daje mu pełne 90 minut do wykazania się. I to na tle renomowanych rywali.
Lipsk i jego efektowna wtopa transferowa
Niemcy wiązali wielkie nadzieje z przyjściem Alexandra Sorlotha. Norweg miał za sobą kapitalny sezon w Trabzonsporze, 20 milionów euro wydane na niego podczas letniego okna transferowego wydawało się promocją. Ale tak jak nie zrobił wcześniej furory w Premier League, tak samo Bundesliga wydaje się na razie być dla niego zbyt wysoką poprzeczką.
O ile w Turcji za Sorlothem przemawiały cyferki, tak teraz nie przemawia za nim nic. Wystąpił już łącznie w dziesięciu meczach RB Lipsk. Czasem wchodził z ławki, ale miał też okazję pokazać się od pierwszej minuty. Jego rywale nie zawsze byli mocni – w jednym z kilku spotkań, kiedy zagrał w pełnym wymiarze czasowym, przeciwnikiem była słaba Arminia Bielefeld. Do tego zawodnik ze Skandynawii grał w najróżniejszych kombinacjach – jako typowa „dziewiątka”, ze wsparciem najróżniejszych piłkarzy, a nawet w ustawieniu „rombie” ze wsparciem Yussufa Poulsena.









