Jedna polska ekipa odpadła w drugiej rundzie eliminacyjnej, jedna doświadczyła tego w trzeciej, więc jedna musiała zostać pokonana w czwartej. Raków Częstochowa już był w ogródku, już witał się z gąską. Bach, bach, bach i po marzeniach o fazie grupowej LKE w sezonie 2021/2022. Rewanż z KAA Gent postawił bardzo nieprzyjemny stempel na występach „Czerwono-niebieskich” na arenie europejskiej tego lata, ale podopieczni Marka Papszuna zrobili wszystko, co w ich mocy, i nie przynieśli wstydu.
Otwarta gra czy ultradefensywne nastawienie – wydaje się, że obojętnie, jakby piłkarze Rakowa nie wyszli, zostaliby po prostu w pewnym momencie i tak wypunktowani, bo graczom „Buffalos” zaczęło wychodzić wszystko. Jako zespół lepszy piłkarsko i fizycznie bardzo konsekwentnie wykonywali swoje zadania i musiało przynieść to skutek. W szeregach polskiego wicemistrza były pomieszanie z poplątaniem, głupie indywidualne błędy, mnóstwo niedokładności i słabe wyprowadzenie piłki.
Gandawski kocioł
Domowy mecz dla gandawczyków miał o wiele większą stawkę niż jedynie awans do grupy Conference League. Belgowie z kłopotami finansowymi mieli grać o swoje być albo nie być. Drużyna jeszcze przed pojedynkiem wyglądała na tak pewną i naładowaną, jak gdyby to ona przed decydującym starciem miała jedną bramkę zaliczki. Nic więc dziwnego, że na trybunach Ghelamco Areny panowała niezwykle gorąca atmosfera. Sympatycy miejscowych bardzo impulsywnie reagowali na decyzje azerskiego arbitra, gdy te były nie po myśli gospodarzy.
Czyli typowy, tradycyjny obraz areny kibicowskiej? Otóż nie. KAA Gent z hasłem „piłka nożna dla kibiców” nie ma nic wspólnego, ponieważ kompletnie bez powodów w ostatniej chwili włodarze klubu zdecydowali się nie wpuścić polskich widzów na to spotkanie. Szerzej ten skandal opisał Sebastian Staszewski z portalu Sport.interia.pl
Raków w tyłach – mur skruszony
Wszystkie dotychczasowe pięć spotkań eliminacyjnych częstochowska drużyna kończyła bez straty bramki. Vladan Kovacević jak co czwartkowy wieczór od samego początku dwoił się i troił w bramce RKS-u i wiele wskazywało na to, że bośniacki golkiper kolejny raz będzie niemożliwy do pokonania. Niestety, arbiter do pierwszej połowy postanowił dorzucić minutę, a kiedy już wpadła ta jedna piłka, która zamiast obudzić Raków, pobudziła Gent, rozwiązał się worek z golami.










