Pierwsza edycja angielskiego Pucharu Ligi pod nazwą Carabao Cup dobiegła końca. Arsenal w ostatnich latach udowadniał, że w finałach krajowych pucharów czuje się znakomicie. Jednakże tym razem na tle wielkiego Manchesteru City okazał się całkowicie bezradny. Sukces Pepa Guardioli w pucharze, który przez wielu traktowany jest z przymrużeniem oka, otworzył jego dorobek na Wyspach Brytyjskich. Z kolei dla jego dzisiejszego oponenta – Arsene’a Wengera – wciąż pozostaje małym niespełnieniem.
Arsenal po staremu, profesor Kompany
Oglądanie dzisiejszego Arsenalu stanowi istną katorgę. Niestety, czasy słynnego „Wengerballa” minęły już bezpowrotnie i obecnie obserwowanie gry „Kanonierów” uchodzi chyba za masochizm. Dzisiejszy finał po raz kolejny pokazał, jak wielka przepaść dzieli londyńczyków od czołowych drużyn Premier League.
Za jedyną wartą odnotowania sytuację ze strony Arsenalu w pierwszej połowie należy uznać dogranie Mesuta Oezila do Pierre’a-Emericka Aubameyanga z 8. minuty rywalizacji. Gabończykowi zbyt mocno weszły jednak w krew treningi z Dannym Welbeckiem i zamiast wykazać się snajperskim kunsztem znanym z niemieckich boisk, z kilku metrów trafił wprost w Claudio Bravo.
Chaos i nieporadność w defensywie, czyli coś, co od wielu tygodni cechuje podopiecznych Wengera, po raz kolejny udzieliło się podczas finałowej rywalizacji. Jedna z tego typu sytuacji przyniosła pozytywny skutek dla „The Citizens” w 18. minucie. Niewybaczalny błąd popełnił Shkodran Mustafi, który pozwolił, aby piłka wybijana przez golkipera Manchesteru City trafiła pod nogi Sergio Aguero. Argentyńczyk sprytnie przelobował wybiegającego Davida Ospinę, strzelając swojego 199. gola w błękitnych barwach.
Patrząc na bezpłciowość Arsenalu, kolejne gole dla lidera Premier League wydawały się kwestią czasu. Doświadczony menedżer „Kanonierów” mógł tylko patrzeć, jak w 58. minucie rezultat podwyższa Vincent Kompany, a chwilę później David Silva ustala wynik rywalizacji na 3:0. Strzał reprezentanta Hiszpanii całkowicie odebrał szanse Arsenalu, aczkolwiek patrząc na dyspozycję londyńczyków, oni sami je sobie odebrali jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Końcowy rezultat w pełni odzwierciedla bieżącą klasę piłkarską obu ekip.
Odrębny akapit należy poświęcić stoperowi City Vincentowi Kompany’emu. Pomimo jego niezaprzeczalnej klasy kariera na Etihad Stadium nie do końca toczyła się wymarzonym torem. Wszystko oczywiście przez niezliczoną liczbę kontuzji prześladujących Belga. Takie występy jak dzisiaj na Wembley w pełni rekompensują wszelkie niespełnienia związane z urazami.











