Długie wieczory już dawno nastały. Przez najbliższe kilka miesięcy jesteśmy skazani na wczesne ciemności. Każdy ma swój własny przepis, jak z tym walczyć. My po ostatniej kolejce angielskiej ekstraklasy polecimy banałem. Koc, herbata bądź ewentualnie ciepłe piwo i… dobra książka. Oto nasza recepta na zimową chandrę…
Po tym mało piłkarskim wstępie pewnie większość z Was pomyśli o jakiejś niezłej książce. Ostatnio na rynek wyszedł Ferguson, ponoć całkiem niezły, ale z góry uprzedzamy, że tekst nie będzie o nim. Co może być dalej… To prawda, że niektórym prowadzącym angielskie teamy przydałyby się pewne pozycje z półki coachingowej, coś w stylu: „Jak wygrać bez zbędnych wydatków”, „Obrońcy tytułu, czyli faza pucharowa naszym marzeniem”, lub podobne. Nie, nie będzie o książkach. Premiership, czytanie… to może być tylko jedno: Reading!

Sam doskonale pamiętam, jak we wczesnej młodości udało mi się zapunktować wśród znajomych, wymyślając ten błyskotliwy żart, suchar. Teraz niekiedy jeszcze jest powtarzany z podobną satysfakcją, ale już wystarczy. Przechodzimy do piłki.
Zacznę również od historii… Czyste szaleństwo – właśnie tak pomyślałem, gdy w czasie jedzenia obiadu włączyłem transmisję spotkania Reading z Manchesterem United w ubiegłą sobotę. Niespełna 25 minut i pięć goli. Insane. Oczywiście, skończyło się zgodnie z porządkiem natury. Gospodarze ukarani za zuchwalstwo. Specjalnie zajrzałem później do pomeczowych wywiadów. Menedżer „The Royals”, Brian McDermott, promieniał i miotał pochwałami na prawo i lewo, natomiast piłkarze „Czerwonych Diabłów” srodze żałowali kiepskiego, jak na ich standardy, występu. W szczególności po golu Rooneya było widać, że mimo bramkowego zrównania się z przeciwnikiem myśl o sławnej suszarce w przerwie nie napawała graczy szczęściem. Dopiero bramka van Persiego częściowo zdjęła blady strach z kolegów.
Ciekawostkę, jak zwykle, opowiedział nasz ulubiony statystyk Martin Tyler. Tylko dwa razy w historii Premier League widzieliśmy co najmniej siedem trafień w pierwszej odsłonie – Bradford przeciwko Derby County w 2000 roku i Leeds vs Blackburn trzy lata wcześniej.
Oczywiście, to nie był pierwszy raz „The Royals”, za którym przysłowiowo boli najbardziej. W tym sezonie gracze w pasiastych niebiesko-białych strojach cierpieli zawsze, gdy wychylali się przed szereg – tak jak pies szczerzący kły na swojego pana, który zawsze obrywa. Już w drugim meczu sezonu najsłabszy z beniaminków prowadził po 20 minutach na Stamford Bridge 2:1. Skończyło się potwornie, bo przyjezdni dostali jeszcze trzy ciosy i bez sensacji wyłożyli się na deskach.











