Poznaniacy od porażki z Legią Warszawa na początku marca wygrali cztery mecze z rzędu, co pozwoliło im zająć fotel lidera ekstraklasy po rundzie zasadniczej. Tego nikt się chyba nie spodziewał, ponieważ po tamtym spotkaniu byli na czwartym miejscu w tabeli, a do liderującej Jagiellonii tracili aż osiem punktów. Co stoi za tak nagłą przemianą zespołu Nenada Bjelicy?
Czy lechitów stać w końcu na przerwanie hegemonii Legii i zdobycie mistrzostwa Polski?
Przełom
Przełomowym momentem w tym sezonie dla Lecha Poznań zdaje się być mecz ze Śląskiem Wrocław w 25. kolejce. Wtedy drużyna pokazała charakter i to, że potrafi wyjść z trudnej sytuacji. Strzeliła bramkę na dziesięć minut przed końcem spotkania, jednak wrocławianie potrafili na to odpowiedzieć za sprawą byłego gracza Lecha, Marcina Robaka. Po tym wyrównującym golu trybuny siadły, ponieważ kibice zobaczyli, że po raz kolejny po strzeleniu bramki ich zespół zbyt pewnie się poczuł i dał się zaskoczyć. Wszyscy spodziewali się, że znowu poznaniacy stracą punkty w meczu ze słabszym od siebie rywalem pogrążonym zresztą w kryzysie po niedawnej wymianie szkoleniowca.
Po kilku minutach szoku udało się jednak zdobyć zwycięską bramkę, a uczynił to najlepszy strzelec zespołu w tym sezonie, Christian Gytkjaer. Kibice przy Bułgarskiej oszaleli z radości. Udało się zmazać plamę po porażce 0:1 w Kielcach, poniesionej trzy dni wcześniej. Dzięki temu zwycięstwu drużyna na nowo uwierzyła we własne możliwości i w pozytywnych nastrojach mogła zacząć przygotowania do meczu z warszawską Legią. Niestety to spotkanie dla „Kolejorza” nie skończyło się tak szczęśliwie jak starcie ze Śląskiem. Poznaniacy przegrali po kontrowersyjnym rzucie karnym podyktowanym przez sędziego Szymona Marciniaka w samej końcówce meczu, którego pewnie wykorzystał Michał Kucharczyk.
Pomimo niekoniecznie sprawiedliwej porażki trener Bjelica miał powody do zadowolenia. Jego podopieczni zagrali bardzo dobre spotkanie, szczególnie w drugiej połowie, w której potrafili zdominować warszawiaków na ich terenie i strzelić ładną bramkę. Zabrakło trochę, po raz kolejny, pójścia za ciosem, bo grali naprawdę bardzo dobrze i gdyby nie zwolnili po strzeleniu gola, mogliby jeszcze nawet zdobyć niejednego. W każdym razie pomimo porażki poznaniacy z podniesionymi głowami podejmowali w następnej kolejce lidera z Białegostoku. Jak się ten mecz skończył, doskonale wiemy. W tamtym momencie chyba wszyscy łącznie z piłkarzami, trenerem i rywalami z czuba tabeli zdali sobie sprawę, że powrót Lecha Poznań do walki o mistrzostwo stał się faktem.
„Wiking” i „Pirania”
Kluczowa w nagłym przebudzeniu „Kolejorza” jest na pewno świetna forma dwóch zawodników – Christiana Gytkjaera i Łukasza Trałki. Ten pierwszy, z racji swojego duńskiego pochodzenia nazywany „Wikingiem”, zaczął strzelać jak na zawołanie. Jeszcze do niedawna wydawało się, że bój o koronę króla strzelców stoczą między sobą tylko dwaj Hiszpanie, czyli Carlitos z Wisły Kraków i Igor Angulo z Górnika Zabrze. Duńczyk na wiosnę obudził się i zdobył siedem bramek w dziewięciu meczach, co pozwoliło mu z liczbą 17 goli wskoczyć na trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców. W tym momencie żaden z dwójki graczy z Półwyspu Iberyjskiego nie może czuć się pewny zdobycia trofeum dla najlepszego snajpera.











