Presja towarzyszy piłkarzom na każdym kroku. Przede wszystkim muszą sobie radzić z presją wyniku. Nie jest łatwo jej sprostać. Szczególnie jeśli grają w jednym z najlepszych klubów w danej lidze. Kibice przychodzą na stadion, wspierają ich, ale w zamian oczekują dobrej gry i jeszcze lepszych wyników. Jeśli ktoś nie potrafi sobie poradzić z grą pod dużą presją, powinien zmienić zawód albo kopać piłkę tylko i wyłącznie dla zabawy, amatorsko.
Nieważne, na jakiej grasz pozycji, presja towarzyszy każdemu. I jest nieodłącznym elementem futbolu. Nieraz już byliśmy świadkami słabej postawy piłkarzy na boisku, ponieważ presja spętała im nogi.
Kiedy poziom nałożonej presji jest największy? Chyba podczas rzutu karnego, ale nie jakiejś tam zwykłej „jedenastki” w mało ważnym spotkaniu. Tylko na przykład podczas finału mistrzostw świata, gdy po 120 minutach gry wynik dalej jest nierozstrzygnięty. Dochodzi do serii rzutów karnych i wtedy właśnie jest olbrzymia presja.
Mecz o awans
W zeszły weekend byłem na spotkaniu na szczycie III ligi. Mecz z gatunku tych za sześć punktów pomiędzy Widzewem Łódź a Lechią Tomaszów Mazowiecki. Oba zespoły przed tym pojedynkiem miały po 70 punktów, a w przypadku wygranej łodzian to właśnie czterokrotni mistrzowie Polski awansowaliby o jeden poziom rozgrywkowy wyżej.
Problem jest taki, że mecz nas rozczarował. Wróć… piłkarze Widzewa rozczarowali i zawiedli swoich kibiców. Nie wytrzymali nałożonej na nich presji związanej nie tylko z wygraną, lecz także wcześniej wspomnianym awansem.
Można zrozumieć fakt, iż nie są to najlepsi piłkarze w Polsce, ale ich umiejętności są na dużo wyższym poziomie niż pozostałych zawodników grających w innych trzecioligowych klubach, przynajmniej na papierze. Do tego mają takie warunki treningowe, o jakich inni mogą tylko pomarzyć.
Presja to kwestia indywidualnego podejścia danego piłkarza oraz jego środowiska, na które składają się: trenerzy, włodarze klubu i… kibice. Moda na Widzew wciąż trwa, co mecz regularnie przychodzi ponad 17 tysięcy kibiców, ale paradoksalnie to właśnie może przeszkadzać zawodnikom.
Przy dużej publice i oczekiwaniach presja może wiązać nogi. Zawodnik, który nie potrafi sobie z nią radzić, przezwyciężyć jej w tak ważnym meczu, nie będzie sobą. Będzie grać nerwowo, niedokładnie, będzie bał się podejmować ryzykowne decyzje.
Hmm… po krótkim zastanowieniu opis ten przypomina postawę większości zawodników Widzewa w meczu z Lechią. Najgorzej z presją poradził sobie Pigiel. Lewy obrońca „Czerwono-biało-czerwonych” przez dziewięćdziesiąt minut nie podjął ani jednej dobrej decyzji. Chociaż nie, przepraszam. Pigiel raz celnie wrzucił piłkę w pole karne Lechii, Michalski zgrał ją do Falona, który oddał CELNY strzał. Jedyny w tym meczu (w wykonaniu gospodarzy).
Rywale poradzili sobie lepiej
Przed sezonem Lechia Tomaszów Mazowiecki nie była wymieniana w gronie kandydatów do awansu. Los oraz dobra dyspozycja w rudzie rewanżowej sprawiły, że na dwie kolejki przed końcem wciąć miała realne szanse na grę w II lidze.











