Śląsk Wrocław po raz pierwszy w historii ma szansę walczyć o Ligę Mistrzów. Po wyeliminowaniu Buducnosty Podgorica czas na poważniejszego rywala. W jutrzejszym pierwszym spotkaniu dwumeczu w III rundzie eliminacji do Champions League wrocławianie podejmą Helsingborg IF.
Śląsk granie o stawkę rozpoczął w tym sezonie już na miesiąc przed startem T-Mobile Ekstraklasy. Cóż, taką cenę się płaci za mistrzostwo Polski. Piłkarze mieli skrócone wakacje, ale w zamian za to mogą zapukać do bram piłkarskiego raju, jakim jest Liga Mistrzów. Żeby jednak tak się stało, nie wystarczy fatalna gra, dużo szczęścia i mała pomoc arbitra, jak było w rywalizacji z Buducnostią. W starciu przeciwko Helsingborgowi potrzeba będzie czegoś więcej.

A i przeciwnik nie jest przecież ostatnim na drodze do LM. Jego wyeliminowanie dałoby jednak już pewien komfort, bo nawet w przypadku porażki w IV rundzie pozostaje faza grupowa Ligi Europy. Jak jednak tego dokonać, skoro nawet słaby zespół z Czarnogóry potrafił mistrza Polski zdominować? Gdyby nie brak skuteczności rywali, kilka parad Kelemena czy sprezentowany przez sędziego karny w pierwszym spotkaniu, to podopiecznym Oresta Lenczyka pozostałoby śledzenie Champions League w telewizji…
Jak tu strzelać gole z napastnikiem, który trafia do siatki mniej więcej tak często, jak Grzegorz Lato mówi coś mądrego? Niestety, Łukasz Gikiewicz nie wykorzystuje jak na razie szansy, którą dostaje w dużej mierze dlatego, że Lenczykowi z Diazem i Voskampem nie do końca jest po drodze. Ci dwaj w sobotnim sparingu, w którym mocno rezerwowy skład pokonał MKS Oława 5:1, strzelili razem trzy gole. Czy w końcu to któryś z nich wybiegnie na szpicy od początku?
Śląsk gola strzelić powinien, w końcu w pierwszym meczu u siebie będzie walczył o wypracowanie sobie jak najlepszej sytuacji przed rewanżem. Bramki zdobywać trzeba, ale tym bardziej nie można ich tracić (bo na wyjeździe liczą się podwójnie dla rywala), a tymczasem w obronie też nie jest najlepiej. Najlepsi stoperzy odeszli, Rafał Grodzicki na pewno poziomem ich nie przewyższa, nie każdemu nawet dorównuje, zresztą jeszcze nie zgrał się do końca z partnerami. Po stronie wzmocnień dzisiaj zapisano też nazwisko Tomasz Jodłowca, ale czy on okaże się lekiem na całe zło? Poza tym czy z miejsca miałby wskoczyć do pierwszego składu na tak ważny pojedynek, na ile jest w ogóle przygotowany? Na te pytania „Oro Pofesoro” musi sam poznać odpowiedzi w ciągu kilkunastu godzin.
No dobrze, a czy WKS ma się czego obawiać? Na pewno zadanie przed mistrzem Polski jest trudniejsze niż poprzednio, choć piłkarze z Wrocławia na papierze nie są gorsi niż ci ze Szwecji. Wielkie, jak na swój potencjał, sukcesy założony w 1907 roku klub osiągał już ponad dekadę temu. W sezonie 2000/2001 po dramatycznym dwumeczu z Interem awansował do fazy grupowej LM, w której w meczach z Bayernem, PSG oraz Rosenborgiem zdobył pięć punktów i zajął ostatnie miejsce. Cztery lata wcześniej Helsingborg mogliśmy oglądać w 1/8 finału Pucharu UEFA. Na ostatnie mistrzostwo fani „Mlecznej Krowy” czekali równie długo, bo od 1999 roku. W tym sezonie drużynie nie idzie już tak świetnie, a dobrym prognostykiem dla świty Lenczyka jest to, że w miniony weekend „Mjölkkossan” przegrała u siebie pierwszy raz od niemal dwóch lat. Pogromcą okazał się zespół IFK Norrkoping, który wygrał 2:1. Mimo wszystko rozegranych już 17 kolejek ligowych można uznać za minimalnego asa w rękawie Age Hareide, co na przedmeczowej konferencji zauważył Orest Lenczyk:











