Ten, kto zdecydował się obejrzeć spotkanie Chorwacja – Portugalia nie tylko po to, żeby poznać naszego rywala w ćwierćfinale, ale przede wszystkim w nadziei na świetny spektakl z mnóstwem goli i gry ofensywnej, mógł się czuć nieco oszukany. Ostatni sobotni mecz 1/8 finału zawiódł bowiem pod względem atrakcyjności i liczby ciekawych akcji i emocji.
Naprawdę współczujemy osobom, które w sztabie reprezentacji Polski odpowiedzialne będą za rozpracowanie Portugalii. Drużyna od początku turnieju gra tak niewyraźnie, że patrząc na skład meczowy, a potem na to, co dzieje się na boisku, można kiwać głową z niedowierzaniem. Ekipa z takim potencjałem, zawodnikami, którzy albo występują w największych europejskich klubach, albo są przez nie bacznie obserwowani, nie ma po prostu prawa wychodzić z grupy na trzecim miejscu.
Co do meczu – ukazał on tyle błędów i niedociągnięć ekipy Fernando Santosa, że aż grzech byłoby ich w czwartek nie wykorzystać. Nie odkryjemy Ameryki, jeśli stwierdzimy, że gra Portugalii opiera się na Cristiano Ronaldo. Zawodnik Realu jest tej w reprezentacji niezastąpiony, ale czasem może się to przerodzić w wadę. Przez 115 minut „CR7” nie był w stanie zrobić nic na boisku, tak głęboko schował go do kieszeni Darijo Srna (34-latek z Szachtara – tylko przypominamy). Jedyna bramka w meczu padła, kiedy Ronaldo postanowił zmienić flankę i zaatakować stroną Ivana Strinicia.
Kluczem do sukcesu będzie zatem upilnowanie Ronaldo, co akurat Łukaszowi Piszczkowi wychodzi całkiem nieźle – przypomnijmy choćby dwumecz Borussii z Realem w 2013. Bez swojej megagwiazdy Portugalczycy nie mają pomysłu na grę, idzie im topornie, a każde podanie w pole karne nie znajduje adresata. Ponadto są oni niezwykle nieskuteczni, jeśli chodzi o strzały na bramkę – dzisiaj pierwsze celne uderzenie padło w dogrywce.












