Cała Europa patrzy, jak nie grać meczów otwarcia (ANALIZA)


16 czerwca 2021 Cała Europa patrzy, jak nie grać meczów otwarcia (ANALIZA)
Rafał Oleksiewicz / PressFocus

No i stało się. Polacy przegrali pierwszy mecz na tegorocznych mistrzostwach Europy przeciwko teoretycznie najsłabszemu rywalowi. Teraz przed nami już tylko niezwykle mocne reprezentacje Szwecji i Hiszpanii. Ich bezpośredni mecz pokazał, że z żadną z nich Polakom nie będzie łatwo. Na domiar złego w tamtym spotkaniu padł remis, co oznacza, że jeśli w sobotę przegramy, możemy wypaść z turnieju jeszcze przed ostatnim spotkaniem.


Udostępnij na Udostępnij na

Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził. Na inaugurację Euro 2020 przegrywamy z reprezentacją Słowacji. Kogo winić? Trenera, zawodników, prezesa związku? Wszystkich po trochu, bo do tej kompromitacji każdy dołożył od siebie cegiełkę. Skupmy się jednak na tym, co przed naszymi oczami – liczby, statystyki i powtórka tego meczu, z której możemy wyciągnąć kilka wniosków.

Liczby Sousy nie bronią

Zdaje się, że selekcjoner naszej reprezentacji po kompromitacji na mistrzostwach Europy szybko wyleczy się z marzeń o prowadzeniu drużyny narodowej. W klubach pokroju Bordeaux presja jest o wiele mniejsza, z zawodnikami można pracować przez cały rok, a najważniejsze rozgrywki trwają przez kilkadziesiąt tygodni. Tak, prowadzenie zespołu klubowego to przyjemniejsza robota…

Tym bardziej że to Portugalczykowi wychodzi lepiej. Po objęciu naszej kadry narodowej Polska wygrała jeden mecz, z Andorą. W międzyczasie remisowaliśmy (dość szczęśliwie) z Węgrami, później Rosjanami i Islandczykami, w końcu przegrywając z Anglią i Słowacją. Cóż, nie wygląda to najlepiej, a dołóżmy do tego fakt, że w sześciu spotkaniach aż czterokrotnie traciliśmy bramkę jako pierwsi. Jedynie w meczu z Rosją już w 4. minucie gola strzelił Jakub Świerczok, mecz z Andorą był zaś jedynym za kandecji Sousy, w którym Polacy nie stracili żadnego gola.

W poniedziałek tylko 17% naszych uderzeń zmierzało w światło słowackiej bramki. Wykonaliśmy ponad 100 podań więcej od rywali, dłużej utrzymywaliśmy się przy piłce. Współczynnik xG – spodziewanych goli – w przypadku naszych rywali wyniósł 0,44, statystycznie nie powinni oni nawet strzelić nam bramki. Tymczasem po 18 minutach, bez oddania ani jednego celnego strzału, Słowacy prowadzili 1:0.

Tykająca bomba

Patrząc już w kontekście poniedziałkowego spotkania, rozpocznijmy od prawej strony. Z tyłu Bereszyński (który wybitnym kadrowiczem nigdy nie był), wyżej nieco młodej krwi w postaci Jóźwiaka. Pierwsza piłka na tego drugiego i już groźną kontrę przewinieniem musi powstrzymać Grzegorz Krychowiak. Co by nie mówić, defensor Lokomotiwu Moskwa często wsadzany był na minę przez swoich kolegów, których błędy musiał naprawiać.

Początkowo Jóźwiak dobrze podłączał się do akcji ofensywnych. Sęk w tym, że w kluczowych momentach nie otrzymywał podań, a kiedy już piłka znalazła się pod jego nogami, chciał dryblingiem pokonać blok defensywny reprezentacji Słowacji. Albo niedokładnie dogrywał do kolegów ustawionych niżej, omal nie prokurując kontrataku.

Problemy Jóźwiaka rozpoczęły się już około 10. minuty. Właściwie zniknął z radaru, nie dawał od siebie wiele w ofensywie. W defensywie natomiast wyglądało to tak jak na powyższym obrazku. Prawy pomocnik reprezentacji ustawiony był ponad 20 metrów od Bereszyńskiego, który wdał się w pojedynek 1 na 1 z Dudą. Ten nawinął go na prawą nogę i oddał mocny, groźny strzał w boczną siatkę. Zagrożenia można było uniknąć, gdyby tylko Jóźwiak cofnął się w okolice miejsca oznaczonego strzałką, za plecy Bereszyńskiego. Wtedy defensor mógłby zepchnąć napastnika do środka, a pomocnik musiałby już tylko wyłuskać piłkę spod nóg rywala lub zablokować (bądź uniemożliwić) uderzenie.

Mak ośmieszył Polaków

Zawodnik, który ośmieszył Jóźwiaka, Bereszyńskiego i przy okazji pechowca Szczęsnego, to piłkarz, który w tym sezonie zagrał niewiele ponad 730 minut w lidze węgierskiej. W 19 meczach zdobył jednego gola. Jednego. Co prawda poniedziałkowe trafienie zapisane zostało na konto naszego golkipera, ale można śmiało powiedzieć, że w 18 minut na Euro Mak wyrównał swój dobytek strzelecki z całego sezonu.

Screen: TVP Sport

Cała akcja Słowaków rozpoczęła się od straty piłki w środku pola. Oznaczony na czerwono Bereszyński zagrywa piłkę do pokazującego się Grzegorza Krychowiaka. Ten ma sporo miejsca – może zagrać piłkę do zawodników zaznaczonych na biało (oraz teoretycznie Glika, który znajduje się poza oznaczonym polem). Futbolówka nie zmierza jednak ani do Klicha, ani do żadnego z obrońców. Pomocnik reprezentacji decyduje się na zagranie z pierwszej piłki, będąc obróconym o około 90 stopni do kierunku podania. W efekcie piłka zamiast wylądować pod nogami Jóźwiaka (którego kamera w tym momencie nie uchwyciła), trafia na aut. Krychowiak oddaje ją rywalowi za darmo.

Screen: TVP Sport

Piłkę do nogi otrzymuje Mak. Przestrzeń między naszymi obrońcami spora, lecz Słowacy nie potrafią wykorzystać luki, jaka powstaje. Na nasze szczęście. Bereszyński odcina reprezentantowi Słowacji drogę w stronę bramki, zmuszając go do ruszenia wzdłuż linii bocznej, do pomocy włącza się Jóźwiak. Pomocnik w tej sytuacji doskakuje do Maka…

Screen: TVP Sport

I popełnia błąd wynikający raczej z braku komunikacji pomiędzy nim a Bereszyńskim. Podwajają oni rywala, jednak otwierają mu drogę do środka. Jóźwiak atakuje przeciwnika od tyłu, zatem może on co najwyżej tylko sfaulować rywala. To dało Makowi większe pole do popisu, założył on „dziurę” Bereszyńskiemu i dzięki odrobinie szczęścia nabił Szczęsnego.

Wszystkie grzechy Jóźwiaka

Prawy pomocnik w późniejszej fazie meczu nie istniał. Zaliczył łącznie około 20 strat w ciągu całego meczu, tylko jedno z pięciu dośrodkowań w jego wykonaniu trafiło do odbiorcy. Gra na centry w pole karne ewidentnie nam nie służy, bo z 25 wrzutek w pole karne tylko dziewięć okazało się celne.

Później przyszła 22. minuta gry, akcja pod polem karnym Słowacji. Rzut z autu, przy piłce Jóźwiak. Wymiana na krótkim dystansie z Mateuszem Klichem, po czym przychodzi niecelne zagranie do Grzegorza Krychowiaka. Z kontrą wychodzi Hromada, którego defensywny pomocnik zatrzymuje faulem. To drugie, poważniejsze przewinienie Krychowiaka, do tego taktyczne. Po raz drugi zawodnik Lokomotiwu musiał uciekać się do faulu po stracie piłki przez Jóźwiaka.

Bolączka kadry

Po pierwszym faulu na naszej połowie boiska, spowodowanym stratą Jóźwiaka i niedokładną próbą przejęcia piłki przez Krychowiaka, Słowacy wykonali rzut wolny, dośrodkowując piłkę w pole karne. Spójrzmy na ustawienie naszego zespołu:

Screen: TVP Sport

W tym momencie bronimy się tak właściwie w jedenastu. Jóźwiak ustawiony bliżej zawodnika wykonującego rzut wolny, Szczęsny w bramce, pozostała dziewiątka przed polem karnym. Słowacy tymczasem atakują w pięciu, bo tylu zawodników za moment wbiegnie w nasze pole karne. Mamy dokładnie dwukrotną przewagę liczebną we własnym polu karnym, więc teoretycznie rywal nie powinien móc nam zagrozić. Zaznaczonym zawodnikiem reprezentacji Słowacji jest Jakub Hromada. 25-letni zawodnik Slavii Praga za moment wbiegnie na dalszy słupek, we wskazane miejsce i zamknie dośrodkowanie, zupełnie niekryty.

Screen: TVP Sport

Spójrzmy jeszcze na ustawienie tych dwóch zawodników. Bliżej mamy Grzegorza Krychowiaka, za nim Bartosza Bereszyńskiego. Obaj zdają się kryć tego samego zawodnika, kiedy jeszcze dalej ustawionych jest dwóch rywali. W tym momencie należałoby nieco przesunąć formację defensywną, a mając przewagę liczebną, przywołać któregoś z kolegów do pomocy w kryciu. Tymczasem Krychowiak i Bereszyński podczas dośrodkowania właściwie kryli siebie nawzajem, nie dając od siebie nic w polu karnym przeciwnika.

Screen: TVP Sport

To już końcowa faza całej akcji. Nieprzypilnowany Hromada ma szansę dograć piłkę do ustawionego na piątym metrze Lukasa Haraslina, byłego piłkarza Lechii Gdańsk. Słowak oczywiście również pozostaje niekryty. Przede wszystkim nie ruszył za nim żaden z graczy, którzy mogli zareagować na ruch skrzydłowego reprezentacji Słowacji. Piotr Zieliński odpuścił jednak swoje zadania defensywne i zupełnie nie przejął się rywalem, który za chwilę może znaleźć się w idealnej sytuacji do zdobycia bramki. Na szczęście całość idealnie przeczytał zaznaczony na szaro Robert Lewandowski i przerwał akcję głową. Haraslin już składał się do strzału, przy którym Szczęsny nie miałby żadnych szans.

Co jednak najbardziej niepokojące, to fakt, że już z pierwszej, tak szybko danej nam lekcji nie wyciągnęliśmy wniosków. A przecież o tym, że Polacy tracą wiele goli po stałych fragmentach gry, mówiono już na długo przed pierwszym meczem na Euro. Stałe fragmenty na korzyść naszej reprezentacji aż żal analizować. Bo zazwyczaj było to nic niewnoszące wbijanie piłki w pole karne, które nie przynosiło absolutnie żadnego zagrożenia.

Porażka na własne życzenie

W 69. minucie po strzale Haraslina Słowacy wykonują rzut rożny. Polska reprezentacja broni się w dziesięciu we własnym polu karnym, znów posiadając przewagę liczebną. Rywale chcą strzelić bramkę, ustawieni są bardzo wysoko, właściwie tylko golkiper pozostaje na własnej połowie.

Screen: TVP Sport

Dośrodkowanie przedłuża Marek Hamsik. Piłka trafia pod nogi Skriniara, który ustawiony jest na 14. metrze. Wydawałoby się, że skoro dziesięciu naszych zawodników (9 + bramkarz) znajduje się obecnie we własnym polu karnym, to nawet broniąc strefowo, obrońca reprezentacji Słowacji nie będzie miał wiele czasu, aby oddać strzał.

Polacy jednak znów postanowili pokryć siebie nawzajem. Skriniar przyjął i opanował trudną piłkę, huknął z okolic czternastego metra, nie pozostawiając szans Szczęsnemu i wyprowadził Słowaków na prowadzenie. To zwyczajnie niemożliwe, że żaden z naszych reprezentantów nie zablokował tego strzału. Tak pasywnie w defensywie nie grają nawet zespoły juniorskie.

Klątwa meczu otwarcia

W debiucie na wielkim turnieju sprokurowany rzut karny i czerwona kartka. Cztery lata później wykluczająca z gry kontuzja, na mundialu już pamiętny gol z Senegalem, a teraz zapisanie się na kartach historii. Wojciech Szczęsny został pierwszym bramkarzem, który strzelił samobója w meczu mistrzostw Europy. Ponadto tak szybko bramki samobójczej na finałach Euro nie zdobył jeszcze nikt. Dwie pieczenie na jednym ogniu!

I trudno w tym momencie powiedzieć, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Bo Szczęsny to bramkarz, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, klasowy, grający pierwsze skrzypce w jednej z najlepszych włoskich ekip. Choć fakt, że akurat w tym roku Juventus, jako całość, przeżywa najsłabszy sezon od wielu lat, co również odbiło się na formie i postawie Wojtka. Czy można jednak winić go za straconą bramkę?

Nie bardzo. Szczęsny przykrył krótki słupek, ale był bezradny. Mak oddał mocny strzał z szóstego metra, futbolówka rykoszetowała jeszcze od buta Kamila Glika, trafiając w słupek, a następnie w plecy naszego golkipera. Przy drugim trafieniu Szczęsny również nie miał jakichkolwiek szans na udaną interwencję. Coś jednak jest z tymi meczami otwarcia naszego bramkarza podczas dużych imprez – po takiej passie nieszczęśliwych przypadków to cud, że Wojciech nie skończył jeszcze reprezentacyjnej kariery.

Obecny sezon jest jednak jednym z najsłabszych dla Szczęsnego. Bramkarz tracił średnio ponad jednego gola co mecz (40 w 37 spotkaniach), tylko osiem razy we wszystkich rozgrywkach (Serie A, Liga Mistrzów) był w stanie zachować czyste konto. Nie błysnął między innymi w meczach Champions League przeciwko Porto, kiedy to Juventus sensacyjnie odpadł z rozgrywek. W przeciwieństwie do niego świetny sezon ma za sobą Łukasz Fabiański, który z West Hamem awansował do Ligi Europy. Wiadomo jednak, że mądry Polak po szkodzie… Tego samobója nijak nie dało się przewidzieć.

Lewandowski jak dziecko we mgle

Po Robercie Lewandowskim, jako strzelcu 41 bramek w poprzednim sezonie Bundesligi, spodziewaliśmy się w tym spotkaniu nieco więcej. Jako po liderze również. Zawiedli wszyscy nasi zawodnicy, co do jednego. Jednak Lewandowski zagrał w ofensywie spotkanie bardzo słabe, o ile nie tragiczne. Bo fakt, momentami uczestniczył w obronie we własnym polu karnym, schodził po piłkę niemalże na naszą połowę. Pod bramką przeciwnika był jednak bezradny.

 

Screen: TVP Sport

Pierwsze minuty tego spotkania idealnie nadają się do analizy. Mniej więcej do momentu utraty bramki graliśmy przyzwoicie, nie ustrzegając się błędów, ale wykorzystując także potknięcia Słowaków. Tutaj piłka przechodzi po trójkącie Krychowiak – Rybus – Zieliński. Ten ostatni mija kryjącego go rywala i już za moment pośle piłkę do Roberta Lewandowskiego.

Screen: TVP Sport

Kapitan reprezentacji Polski przyjmuje piłkę. Ma do dyspozycji przynajmniej dwóch dość dobrze ustawionych zawodników. Wbiegający z lewej strony Maciej Rybus – opcja bardziej ryzykowna, lecz mogąca przynieść lepszy rezultat. Z prawej strony do akcji podłącza się Kamil Jóźwiak – ta opcja jest zdecydowanie mniej wymagająca, jednak nie tworzy sytuacji podbramkowej. Lewandowski decyduje się na strzał  z 25 metrów. Nie dość, że golkiper ustawiony jest tak, jak powinien, napastnik i tak trafia w Mateusza Klicha (który swoją drogą nie powinien wchodzić przed swojego kolegę).

Kolejna dogodna sytuacja. Kluczowe w całej akcji były presja wywarta na Maku przez Bereszyńskiego oraz odbiór Grzegorza Krychowiaka. Defensywny pomocnik reprezentacji Polski dograł piłkę do Piotra Zielińskiego, ten wypuścił Roberta Lewandowskiego. Nie było to zagranie idealne, napastnik musiał nieco zwolnić. Wciąż – piłka na lewej nodze, około 17 metrów do bramki Słowaków, spóźnieni obrońcy. Idealna okazja ku temu, aby zaskoczyć golkipera. Lewandowski zatrzymuje się jednak z piłką przy nodze.

Screen: TVP Sport

Lewandowski stracił całe momentum, staje tyłem do bramki i „odkręca” się w jej stronę. W dodatku defensorzy reprezentacji Słowacji odcięli mu drogę do bramki. Do akcji podłączył się Piotr Zieliński, który mógł znaleźć się w sytuacji sam na sam, gdyby tylko napastnik na moment oderwał głowę od ziemi. Niestety akurat wtedy Lewandowski zdecydował się na strzał, co oczywiście musiało skończyć się wyblokiem.

Łącznie Robert Lewandowski oddał pięć uderzeń – dwa niecelne i trzy zablokowane. To niemalże połowa wszystkich uderzeń Słowaków, bo ci w sumie jedenastokrotnie strzelali w stronę bramki Wojciecha Szczęsnego. Kapitan miał momentami słuszne pretensje do kolegów z zespołu – sam jednak rozegrał bardzo słabe zawody.

Kalkulacje

Te rozpoczęły się od razu po zakończeniu starcia Hiszpanów ze Szwecją. Remis w tamtym meczu oznacza, że jeśli Szwecja pokona Słowacja, a Polska przegra spotkanie z Hiszpanami (co jest wielce prawdopodobne), nasza reprezentacja na pewno zajmie ostatnie miejsce w grupie. Nie pomoże nawet zwycięstwo nad Szwecją, bo jeśli zrównamy się ze Słowacją punktami, wówczas zadecyduje bilans bezpośredni.

Kolejny już raz w XXI wieku nasza kadra jedzie na jedną z najważniejszych imprez i zawodzi. Chyba pora zastanowić się nad przyszłością tej reprezentacji. Dla piłkarzy pokroju Roberta Lewandowskiego czy Kamila Glika to może być ostatnia duża impreza. Bo trudno łudzić się, że z taką grą awansujemy na mistrzostwa świata w grupie z Węgrami i Anglikami. Być może najlepszym wyjściem byłby lekki „reset” po turnieju, odmłodzenie drużyny i skupienie się na tym, aby zbudować dobre podstawy przez kolejnymi mistrzostwami Europy.

Komentarze
Do przódu (gość) - 4 miesiące temu

Hiszpania to bardzo trudny w naszej grupy dopóki nie weźmiemy się w garść to przegramy ten mecz który będzie w sobotę ? ! Walką możemy doprowadzić do tego remisu?!

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze