Zgrupowanie zamykające reprezentacyjne zmagania w tym roku i finalny mecz można uznać za niezbyt udane. Holendrzy, choć osłabieni, nadal byli silnym przeciwnikiem. Skład wystawiony przez Jerzego Brzęczka mógł sugerować, że selekcjoner chciał dać niektórym zawodnikom szansę na rehabilitację. Tak naprawdę zadośćuczynić za spotkanie z Włochami powinna cała kadra, bez wyjątku. Niestety wynik o tym nie mówi. Znowu polegliśmy, ale już w trochę lepszym stylu.
Każdy sportowiec po nieudanym występie chce jak najszybciej zmazać plamę. Po blamażu na włoskiej ziemi ta okazja dla Polaków nadeszła już po kilku dniach. Tu nawet nie chodziło tak bardzo o wynik, jak o sam styl. Nikt nie ma pretensji, jeśli przegrywamy, ponieważ rywal jest lepszy o kilka klas. Jednak nie do zaakceptowania są problemy z wymienieniem kilku podań na swojej połowie. Czy starcie z reprezentacją „Azzurrich” było wypadkiem przy pracy?
Dobre otwarcie
Polacy zaczęli z przytupem. W pierwszych minutach spotkania lewą flanką pomknął Kamil Jóźwiak. Skrzydłowy Derby County najpierw zostawił w tyle holenderskiego defensora, a potem sam zakończył akcję strzałem, który znalazł się w siatce! Miał bardzo dużo miejsca, ponieważ dopiero w końcowej fazie biegu doskoczył do niego Holender. Tym sposobem 22-latek zdobył swoje debiutanckie trafienie w seniorskiej reprezentacji. Kilkanaście minut później bliźniaczą akcję przeprowadził po drugiej stronie boiska Przemysław Płacheta. Podobnie jak Jóźwiak urwał się defensywie rywali i schodził do środka bez asysty przeciwnika. Tym razem słupek uratował Holendrów przed stratą gola.
W pierwszej połowie bardzo dobrze funkcjonowały nasze skrzydła. Młodzi, dynamiczni zawodnicy siali największy popłoch w polu karnym Holendrów. Wydaje się, że tylko przez początkowe minuty meczu Polacy już zrobili więcej niż w całym poprzednim spotkaniu. Umówmy się, nie było to bardzo trudne. Zazwyczaj po jakiejś porażce w następnym meczu kadra wyglądała o wiele lepiej, wygrywała. Choć wiadomo – do perfekcji dużo brakuje. Jak mawiał trener Adam Nawałka – rezerwy są.
Żeby nie popadać w przesadny hurraoptymizm, widać było przewagę Holendrów. Kolejnymi akcjami z łatwością wchodzili w nasze pole karne. Szczególnie lekko wychodziło im to naszą środkową strefą. Nadal jednak nie znajdowali drogi do bramki Łukasza Fabiańskiego. Czasem brakowało dokładności, czasem uprzedził ich któryś z naszych obrońców. Jak nie po ziemi, to wysokim podaniem pomocnicy i obrońcy „Pomarańczowych” szukali swoich napastników. My wyglądaliśmy jak statyści przy zabawie Holendrów. Nie możemy jednak narzekać, ponieważ szczególnie w pierwszych 45 minutach szczęścia nam nie zabrakło. Nasz dzisiejszy rywal mógł spokojnie strzelić co najmniej jedną bramkę. Do szatni schodziliśmy z jednobramkowym prowadzeniem.











