Jeszcze kilka lat temu zainteresowanie polskimi zawodnikami ze strony klubów z Półwyspu Apenińskiego było sporadyczne. Jakiekolwiek transferowe zakusy ścisłej czołówki Serie A okazywały się zawsze niemającą większych podstaw plotką. Polacy zaliczali epizody w dużo słabszych klubach, ale i tam na ogół nie potrafili odegrać istotniejszej roli. Na moment, w którym włoska opinia publiczna spośród zawodników znad Wisły nie będzie ceniła wyłącznie… Zbigniewa Bońka, czekaliśmy naprawdę długo.
Tekst, którego lekturę właśnie rozpoczynacie, był już w przygotowaniu, gdy gruchnęła wieść o transferze Krzysztofa Piątka do AC Milan. Na tę chwilę ewentualnego, ale wszystko wskazuje na to, że jest to wyłącznie kwestia czasu. Jakby komuś nie wystarczyła imponująca, zaledwie sześcioletnia podróż z Dzierżoniowa do Mediolanu, to warto przypomnieć, że od lipca piłkarzem Cagliari będzie Sebastian Walukiewicz. Polska kolonia we Włoszech rośnie w siłę!
Na przełomie wieków „ziemią obiecaną” dla polskich piłkarzy była Bundesliga. Wystarczy przypomnieć casus Hajty, Wałdocha, Wichniarka, Zdebela czy Juskowiaka. Za Odrą uzbierała się naprawdę pokaźna grupa naszych zawodników. Wyjazd do sąsiedniej ligi był dla większości spełnieniem marzeń, a duża część z nich radziła sobie tam więcej niż przyzwoicie. Obecnie rolę Bundesligi zdaje się przejmować Serie A. W Italii Polaków ceni się coraz bardziej, a większość wykorzystuje otrzymaną szansę, aczkolwiek w różnym stopniu. Są powody do satysfakcji, nie ma natomiast podstaw do hurraoptymizmu.
Przeszłość (prawie) do zapomnienia
Od czasów, gdy bohaterem włoskich stadionów był obecny prezes PZPN, polscy piłkarze we Włoszech praktycznie nie istnieli. I nie chodzi tu o deprecjonowanie poszczególnych karier, bo na ewentualne niepowodzenie może złożyć się wiele czynników. Doskonale pamiętamy przypadki Grzegorza Rasiaka (zero występów w Sienie ze względu na przekroczony limit obcokrajowców) czy Rafała Wolskiego (kontuzja na początku przygody z Fiorentiną, bardzo słaba forma, a następnie równie marny epizod w Bari). We Włoszech nie zdołał się przebić także Kamil Kosowski, który swego czasu został wypożyczony do Chievo Verona. Były reprezentant Polski zaliczył tam jedynie 23 występy, po czym zmienił Półwysep Apeniński na Iberyjski.
Na początku 2007 roku na ustach całej Polski był Radosław Matusiak, który nosił się z zamiarem opuszczenia GKS-u Bełchatów. Dla piłkarza z wyróżnieniem „Odkrycie Roku 2006” w plebiscycie „Piłki Nożnej” transfer do Palermo, w którym rej wodził Edinson Cavani, miał być trampoliną do wielkiej kariery. Zderzenie z rzeczywistością było brutalne – skończyło się na trzech meczach i jednej bramce.
Przypadków, w których włoski etap okazał się klapą, było jeszcze kilka, wystarczy przytoczyć takie nazwiska jak Dariusz Adamczuk (Udinese, 2 występy/0 goli), Wojciech Pawłowski (Udinese, 0/0) czy Piotr Czachowski (Udinese 11/0). Znacznie lepiej mieli okazję zaprezentować się Artur Boruc (62 mecze w bramce Fiorentiny), Władysław Żmuda (7 spotkań w defensywie Hellasa Verona i 43 w Cremonese) czy Marek Koźmiński (97 spotkań w Udinese i 110 w Brescii). Ogólny bilans powyższej wyliczanki doskonale pokazuje, że przez długie lata piłkarze sprawdzający się na własnym podwórku ginęli w Italii, odstając od reszty fizycznie, technicznie i mentalnie. Jeśli ktoś nie prezentował odpowiedniego samozaparcia i nie dopisywało szczęście, musiał się szybko z Półwyspu ewakuować.











