Kiedy nadchodzi ten okres, w którym drużyny ekstraklasy grają co trzy dni, trzeba spodziewać się absolutnie niespodziewanego. Mecz Śląska z Koroną się na taki zapowiadał, choć przewidywania przed dzisiejszym wieczorem były jasne: gospodarze faworytem, a goście ekipą do ścięcia zważywszy na jej fatalny bilans spotkań wyjazdowych. Dodatkowej pikanterii dodawał fakt, że Śląsk Wrocław nie wygrał ze „Scyzorami” od trzech lat, dlatego można było spodziewać się dzisiaj czegoś więcej, niż to, co zaserwowali piłkarze. A zaserwowali zgniłą potrawę do reklamacji, choć akurat na dla wrocławskich kibiców na tyle strawną, że zwycięską.
Dzisiejsze spotkanie Śląska z dwóch względów było wyjątkowe. Oto bowiem zdrowy Robert Pich zasiadł na ławce rezerwowych – co we wrocławskim klubie nie zdarza mu się prawie w ogóle – z powodu mizernej formy w świeżo rozpoczętej rundzie wiosennej. Drugą interesującą kwestią był natomiast premierowy występ Marka Tamasa, którego debiut w barwach wrocławian był wyłącznie kwestią czasu, ponieważ Vitezslav Lavicka na dobrobyt w linii defensywnej nie może ostatnimi czasy narzekać. Pytanie, czy może to zrobić po zobaczeniu w akcji swojego węgierskiego podopiecznego po starciu z Koroną? Cóż, było poprawnie, ale trudno mówić o czymś więcej, gdy wszyscy zawodnicy nie prezentują niczego specjalnego przez niemałe pełne 90 minut.
„Ligowy dżem”, który nie powinien się wydarzyć
Jeżeli jakiś potencjalny kibic Śląska przyszedł dzisiaj na wrocławski stadion po raz pierwszy w życiu, mało prawdopodobne, że powtórzy ten eksces. Mecz pod kątem widowiska stał chyba na najniższym poziomie z możliwych i oczywiście wyśmiewanie się z rozgrywek ekstraklasy zazwyczaj wyrasta ponad stan, jednak teraz… Trzeba powiedzieć wprost: to była antyreklama polskiego futbolu, którego poziom nie dość, że do wysokich nie należy, to jeszcze okraszają go takie „kwiatki”. Od pewnego czasu w gronie piłkarskim spotkania tego typu nazywa się ligowym dżemikiem. Przeterminowanym.
W pierwszej połowie „starcia” oba zespoły sprawiały wrażenie, jakby na boisku pojawiły się za karę. Bez zaangażowania, na stojąco, z prostymi błędami od defensywę po ofensywę. Kiksy, podania w aut, piknikowe tempo, brak pomysłu na rozegranie akcji pod polem karnym rywala. I o ile tego rodzaju obraz mógł jeszcze nie dziwić w przypadku Korony, o tyle sposób, w jaki zaprezentowali się piłkarze Śląska Wrocław, zakrawał o skandal. Trudno przypomnieć sobie gorszy występ WKS-u niż ten z pierwszych 45 minut dzisiejszego spotkania, co mówi bardzo wiele. A dodając jeszcze fakt, że był to występ przed własną publicznością, trudno w jakikolwiek sposób usprawiedliwiać ko-go-kol-wiek.
Jak na ekstraklasę przystało, nawet mimo siedzenia po uszy w przeterminowanym dżemiku można zrobić coś z niczego. Rzecz jasna coś pozytywnego, czyli bramkę, która była jedynym, słownie JEDYNYM momentem piłkarskim przed zejściem piłkarzy do szatni. Udało się zagrać w futbol dopiero w 44. minucie, gdy Przemysław Płacheta otrzymał świetne podanie w pole karne od Lubambo Musondy. 21-latek zachował zimną krew i idealne wykończył akcję. I… to by było na tyle – gol jest, poziomu piłkarskiego brakowało.











