Lejący się z nieba żar, 4 klasowe drużyny, 2 spotkania i… niemal puste trybuny. Za nami pierwszy dzień Lotto Lubelskie Cup. W sobotę 4 lipca odbyły się dwa mecze. W pierwszym z nich zmierzyły się drużyny Lechii Gdańsk i Szachtara Donieck. Godzinę po zakończeniu tego pojedynku odbyło się spotkanie Hannoveru 96 i AS Monaco.
Pierwszy półfinał turnieju Lotto Cup rozpoczął się o 16:15. Naprzeciwko siebie stanęły drużyny Lechii Gdańsk i Szachtara Donieck. Od samego początku podopieczni Jerzego Brzęczka byli bardzo aktywni. Lechiści starali się zaatakować drużynę z Ukrainy. Warto też podkreślić aktywną grę ekipy z Gdańska w odbiorze i środku pola. Bardzo dobrze spisywali się Daniel Łukasik, Sebastian Mila i Stojan Vranjes. Obrońcy Szachtara, a zwłaszcza doświadczony Darijo Srna, mieli spore problemy z upilnowaniem bardzo ruchliwego Macieja Makuszewskiego. Niestety skrzydłowy Lechii doznał w 25. minucie urazu barku, który uniemożliwił mu dalszy występ w tym meczu. Właśnie wtedy do głosu zaczął dochodzić Szachtar. Lechii zabrakło sił, by kontynuować wysoki pressing. Dobrze w drużynie Mircea Lucescu spisywali się ofensywni gracze – Taison czy Teixeira. W pierwszej połowie zabrakło jednak okazji bramkowych i zakończyła się ona bezbramkowym remisem. W przerwie trenerzy obu drużyn dokonali wielu zmian. Jerzy Brzęczek wymienił aż ośmiu piłkarzy, a Lucescu sześciu.
W drugiej połowie na boisku zobaczyliśmy nowych piłkarzy w drużynie Lechii. Między słupkami stanął wypożyczony z Hoffenheim Marko Marić. Inny nowy zawodnik, który rozpoczął grę od 45. minuty, to Michał Mak. Były zawodnik GKS-u Bełchatów był bardzo aktywny, widać jednak było, że momentami brakuje mu zgrania z nowymi kolegami z drużyny. Drugą połowę lepiej rozpoczęli goście z Ukrainy. To Szachtar prowadził grę i kontrolował sytuację na boisku. W 72. minucie groźną kontrę przeprowadziła drużyna Lechii. Mak posłał bardzo dobre dośrodkowanie do niepilnowanego Bartłomieja Pawłowskiego. Były zawodnik Widzewa nieczysto trafił w piłkę i zmarnował tę doskonałą okazję na otwarcie wyniku spotkania. Dziewięć minut później piłka wpadła nawet do bramki Szachtara. Piotr Wiśniewski był jednak na spalonym i gol nie został uznany. Na tę sytuację odpowiedzieć chciał Wasilij Kobin, jego mocny strzał z dystansu okazał się jednak niecelny. Całe spotkanie było festiwalem niecelnych strzałów. Chwilę przed ostatnim gwizdkiem sędziego znakomitą interwencją popisał się nowy bramkarz Lechii – Marić. Regulaminowy czas gry zakończył się wynikiem 0:0 i o wyłonieniu finalisty zdecydować musiały rzuty karne. Potrzeba było do tego aż 17 serii. Lepsza okazała się Lechia, która wygrała 15:14.











