Drużyna Podbeskidzia Bielsko-Biała żegna się z ekstraklasą w słabym, żeby nie powiedzieć fatalnym, stylu. Przed sezonem miała być najlepszym beniaminkiem, tymczasem okazała się najsłabsza. Spośród 16 zespołów to właśnie „Górale” okazali się bowiem najgorsi w lidze i jako jedyni z niej spadają. No właśnie, ile było „Górali” w „Góralach”, czy Podbeskidzie musiało spaść i co teraz? O tym wszystkim poniżej. Zapraszamy!
Nie da się ukryć, że drużyna spod Klimczoka była w przekroju całego sezonu najsłabszym zespołem całej ligi. Oprócz kilku pomniejszych zrywów Podbeskidzie nie prezentowało swojego stylu – bo go po prostu nie było – do tego masa straconych bramek (60!) i niewiele zdobyczy z przodu. Tak wygląda mieszanka, która mogła skończyć się tylko jednym – degradacją. Gdy dodamy do tego tylko trzy punkty zdobyte na wyjazdach, wiemy, dlaczego, chociażby Stal Mielec okazała się od bielszczan po prostu lepsza.
Błędy transferowe zimy i lata
Żeby być precyzyjnym i wskazać problemy Podbeskidzia, trzeba by cofnąć się nawet do zimowego okienka transferowego sezonu 2019/2020. To wtedy, kiedy Podbeskidzie podczas zimowej przerwy w rozgrywkach zajmowało 3. miejsce w tabeli, popełniono pierwsze błędy w dobrze piłkarzy. Już wtedy było wiadomo, że Podbeskidzie będzie walczyć o awans, jeśli nie bezpośredni, to poprzez baraże. Do klubu sprowadzono dwóch zawodników, Mateusza Marca i Kamila Bilińskiego. Ten drugi odpalił dopiero w ekstraklasie, ale odpalił. Za to pierwszy, Mateusz Marzec, nie odpalił do dzisiaj. Choć po pierwszych meczach kontrolnych wydawało się, że to dobre wzmocnienie.
Wspomnianej zimy nie stworzono niezwykle ważnych w przypadku awansu podwalin pod przyszły sezon. Nie zdecydowano się na ruchy transferowe „na przyszłość”. Postawiono na tu i teraz, co w późniejszym rozrachunku mogło okazać się kluczowe. Bo przy niezwykle krótkim okresie przygotowawczym praktycznie niemożliwe jest dobre wprowadzenie do zespołu nowych zawodników sprowadzonych w lecie. I to właśnie w przerwie pomiędzy sezonami zdecydowano się sprowadzić do Bielska-Białej zawodników, którzy mieli podnieść jakość Podbeskidzia. Czy tak było? Klub z Bielska-Białej latem dokonał transferów sześciu zawodników, z czego trzej to młodzieżowcy. I jak do ich postawy w ciągu całego sezonu nie można mieć jakichś szczególnych zastrzeżeń, to do postawy pozostałych już jak najbardziej tak. Zarówno Gergo Kocsis, Serhij Miakuszko, jak i Milan Rundić nie wnieśli do drużyny z Bielska absolutnie nic. Co do postawy tego ostatniego należy jednak zaznaczyć, że zaczął on grać na poziomie ekstraklasy dopiero w rundzie wiosennej.
Zarówno w okienku poprzedzającym awans, jak i przedsezonowym popełniono błędy. Nie postawiono na zawodników, którzy mieli na boiskach ekstraklasy jakiekolwiek doświadczenie – oprócz Kamila Bilińskiego. Tym sposobem Podbeskidzie przystępowało do rozgrywek z kadrą, która miała znikome doświadczenie w najwyższej klasie rozgrywkowej. A pierwsza jedenastka z ostatniego meczu 1. ligi i pierwszego ekstraklasy różniła się tylko dwoma nazwiskami, i to były nazwiska zawodników, którzy w klubie już byli. Wtedy ówczesny trener mówił, że to nagroda za awans. Szkoda tylko, że ta nagroda trwała bardzo, bardzo długo. Podbeskidzie, które miało nie iść drogą ŁKS-u z poprzedniego sezonu, podążyło tuż za Łódzkim klubem Sportowym.











