Za nami 19 kolejek Primera Divison, a więc półmetek. W związku z tym jest to dobry moment na przeanalizowanie tego, co w minionych miesiącach trwającego sezonu było dobre i złe. Na pierwszy ogień idą pozytywne aspekty tych rozgrywek, których jak co roku jest wiele, ale nie wszystkie z nich okazują się kluczowe dla obecnego kształtu tabeli.
Galicyjskie odrodzenie
Prawdopodobnie nikt przed startem sezonu nie postawiłby nawet kilku złotych na to, że Deportivo La Coruna i Celta Vigo będą zajmować miejsca w górnej połówce tabeli. O ile w przypadku drużyny z Estadio Balaidos do przewidzenia było, że będzie znajdować się w środku tabeli, o tyle trudno było przypuszczać, że podopieczni Eduardo Berizzo na półmetku będą zajmować piąte miejsce. Mało tego, drużyna prowadzona przez argentyńskiego szkoleniowca bardzo długo utrzymywała się w czołówce, nie tracąc kontaktu z liderującymi drużynami, a nawet sama przez kilka kolejek zajmowała pozycję lidera.
Dobre występy zawodników Celty nie mogły umknąć trenerom lepszych klubów. W ten sposób za darmo do Atletico Madryt odszedł Augusto Fernandez, a FC Barcelona za wszelką cenę usiłuje znaleźć sposób, by z Balaidos wyciągnąć swego wychowanka Nolito.
Prawdziwą sensacją jest jednak pozycja drużyny prowadzonej przez Victora Fernandeza. Gdy „El Depor” w maju rzutem na taśmę utrzymało się w lidze, remisując w ostatniej kolejce z FC Barcelona, uważano, że kolejny sezon może być powtórką z rozrywki. Na razie wiele wskazuje na to, że tak się nie stanie, choć pod koniec pierwszej części sezonu Deportivo obniżyło loty, spadając na dziewiąte miejsce w tabeli i tracąc tylko cztery punkty do piątej Celty.
Kopciuszek w czołówce

Drużyna, która na dobrą sprawę w poprzednim sezonie spadła z ligi (pozostała w niej dzięki kłopotom finansowym Elche, które zostało zdegradowane do Segunda Division), jest największą sensacją sezonu. Przed jego startem podopiecznych Jose Luisa Mendilibara wymieniano wśród głównych kandydatów do spadku, a tymczasem małe miasteczko, którego 27 tysięcy mieszkańców mogłoby się w całości zmieścić na czternastu stadionach Primera Division, stoi przed szansą walki o grę w europejskich pucharach.
Było już kilka przypadków drużyn z małych miejscowości, które usiłowały podbić najwyższe klasy rozgrywkowe w swoich krajach. Wystarczy popatrzeć za naszą zachodnią granicę, gdzie od lat z powodzeniem w Bundeslidze gra Hoffenheim. Tam pojawił się jednak bogaty właściciel, a Eibar to klub, jakich w Hiszpanii wiele.
Wywalczenie gry w europejskich pucharach jest bardzo prawdopodobne w przypadku hiszpańskiego kopciuszka, w poprzednich sezonach udział w nich gwarantowało bowiem średnio 58 punktów na koncie. Biorąc pod uwagę fakt, że drużyna Mendilibara na półmetku rozgrywek ma w dorobku 30 oczek, można stwierdzić, że to właśnie klub z 27-tysięcznego miasteczka może napsuć sporo krwi powoli łapiącej oddech Sevilli, Athleticowi Bilbao czy Valencii, jeśli ta zdoła się odrodzić.











