Kolejny natłok Gran Derbi. To dobrze czy źle? O tym i wielu innych sprawach rozmawialiśmy z Piotrem Labogą, dziennikarzem stacji Canal+, ekspertem ligi hiszpańskiej, który uważa między innymi, iż sobotni klasyk nie wzbudza takich emocji jak wcześniejsze. Dlaczego? Zapraszamy do lektury!
Nie znudziły się Panu te klasyki? Nawet Diego Simeone mówił niedawno, że te mecze już się przejadły.
Akurat nie ma się co dziwić, że Diego Simeone używa takiej argumentacji, bo cały czas dąży do tego, by Atletico wyszło z cienia wielkiej dwójki, więc jak gdyby to zainteresowanie mediów skierowane głównie na mecz „Barcy” z Realem kosztem spotkania Sevilli z Atletico, a przecież to wicelider, na pewno go troszeczkę irytuje. Wiadomo, w ciągu trzech, czterech dni drużyny grają ze sobą, przenoszą się tylko ze stadionu na stadion. Co gorsza, ten mecz ligowy jest meczem o pietruszkę i tutaj mamy deprecjację samego El Clasico. Ja uważam, że to jest dobre dla piłki, że te drużyny konfrontują się częściej. Niektórzy mówią co prawda, że to powinno być święto, że takie mecze powinny się odbywać dwa razy w roku, ale siłą rzeczy tego się nie da przeskoczyć. Wiemy, że te drużyny walczą o najwyższe cele i prędzej czy później, w Lidze Mistrzów czy ewentualnie w Pucharze Króla, się spotkają, więc moim zdaniem narzekanie jest bez sensu. Zawsze chcemy oglądać te drużyny, traktujemy to jako święto. Gdyby te mecze odbywały się dziesięć razy w roku, ludzie mogliby mówić, że pojęcie „El Clasico” się zdewaluowało, ale tak naprawdę to są dwa mecze ligowe plus superpuchar, który będzie już chyba teraz tradycją, przy czym ten superpuchar zawsze jest traktowany trochę po macoszemu. W zeszłym roku wyglądało to tak, że starcie w pucharze też było w okolicach lutego, a kolejne El Clasico w kwietniu. Teraz tak to się zbiegło, że działacze ligi – mając na uwadze to, co się stało w zeszłym roku – przesunęli ten terminarz, bo zdawali sobie sprawę, że sytuacja z zeszłego roku miała wpływ na to, że klasyk kosztował mnóstwo sił obydwie drużyny i w jakimś stopniu wpłynęło to na dyspozycję w Lidze Mistrzów. We wszystkich ligach robi się tak, żeby te wielkie mecze, jak derby Mediolanu czy starcia Manchesteru z City czy z Chelsea, nie zbiegały się z ważnymi meczami w Lidze Mistrzów. Ja uważam jednak, że dla piłki to jest dobre [duża liczba meczów Realu z Barceloną – przyp. red.].

Jest chyba też tak, że większa liczba tych meczów wpłynęła na lepszy obraz Gran Derbi. Nie oglądamy już takich scen jak chociażby walka Ramosa z Puyolem, jest zdecydowanie spokojniej, nawet Pepe się trochę wstrzymuje.
Moim zdaniem jest to wynik tego, że Realu nie dopada już frustracja. Był ten okres, w którym Real nie miał żadnych szans. Wychodził na mecz z Barceloną i kończyło się to jednym wynikiem. Pomijam już tę manitę na Camp Nou, ale były też mecze przegrane po 0:2, 1:3. Tacy piłkarze jak Pepe czy Sergio Ramos zawsze byli piłkarzami łatwo się podpalającymi. Zresztą w przypadku Ramosa ta przemiana jest przemianą trochę na siłę. Ramosa zawsze będzie ciągnęło w stronę konfliktów, w stronę starć, rywalizacji. Zresztą do tej grupy śmiało można dodać także Alvaro Arbeloę, któremu często puszczają nerwy. Akurat teraz to Real jest w komfortowej sytuacji, ale mam takie wrażenie, i chyba nie trzeba być kibicem Realu czy Barcelony, aby takie wrażenie odnieść, że jeśli „Barca” mecz przegrywa, potrafi zachować się z większą godnością. Natomiast Real Madryt, przynajmniej część piłkarzy, zawsze ma problem w momencie konfrontacji, jeśli jest stroną przegrywającą. Jeśli Realowi nie idzie, Real się szybciej frustruje, ci piłkarze szybciej popadają w nerwowe, niepotrzebne spięcia i pod tym względem Barcelona ma przewagę. Nie wiem, czy jest to wina Mourinho, pewnie trochę tak, to wynika z tego pompowania bębenka. Natomiast zawsze podkreślam, że bycie grzecznym i ułożonym, szczególnie na boisku, nie zawsze przynosi efekty, czego mamy teraz dowód w przypadku dwóch porażek „Barcy”.













